Entuzjazm inwestorów związany z wyborami parlamentarnymi wystarczył na niecałe trzy sesje wzrostu, po czym gwałtownie ostygł na środowej sesji. Wprawdzie miało wygrać PO, ale koniec kwartału nie mógł powstrzymać indeksów przed parciem na siłę ku nowym szczytom. Najwyraźniej w większości instytucji na początku tygodnia zaświecił się baner z napisem "window dressing". Podejrzewam, że nawet zwycięstwo Samoobrony nie mogłoby powstrzymać agresywnego popytu z początku ubiegłego tygodnia...
Faktem jest jednak, że w dalszym ciągu zyskiwały na wartości te same spółki (cóż za niespodzianka), które są lokomotywą wzrostu od kilkunastu miesięcy. Już nikogo nie dziwią zwyżki firm paliwowych bez względu na to, czy ropa na światowych rynkach drożeje, czy też tanieje. Negatywne rekomendacje na poszczególne akcje są ignorowane. To wcześniej czy później musi zakończyć się lock outem. Duże obroty przy szczytach, bardzo nerwowy wzrost i równie szybkie spadki są charakterystyczne dla końcówki trendów. Taki "szarpany" rynek powinien utrzymać się przez dłuższy czas. Spadki na dużym obrocie i wzrost na małym obrocie dają szansę na dystrybucję akcji. Sądzę, że definitywnie zmiana trendu średnioterminowego została przesądzona na sesji środowej w ubiegłym tygodniu. Po pierwszym kroku (spadek dwa tygodnie temu), następuje kolejny etap. W tym ruchu spodziewam się spadku WIG20 co najmniej do 2300 punktów. Baza -40 punktów pomiędzy futures a WIG20 jest nie przypadkowa. Nie liczyłbym na "formacje wodospadu", ale raczej na nerwowe spadanie z dużymi korektami w górę.
Niestety, każda prognoza na naszym rynku jest obarczona dużym ryzykiem. Przyczyną tego jest bardzo duże zaangażowanie zagranicy w obrotach całej giełdy. Inwestorzy zagraniczni przyzwyczaili nas do niekonwencjonalnych zachowań. Wydaje mi się jednak, że tym razem są stroną podażową na rynku (złoty pod koniec tygodnia tracił na wartości), wykorzystując koniec kwartału do zrealizowania chociaż części pokaźnych zysków. Jeżeli za ostatnim kupnem kryje się "kraj"..., to byki mają kłopoty.