To, co nie udało się w marcu, udać się może jeszcze w październiku. Od kilku miesięcy parlament pracuje nad poprawkami do tzw. dyrektywy Bolkensteina, przewidującej wprowadzenie na rynku usług zasady kraju pochodzenia. Zgodnie z nią, obowiązujące dla usługodawców miałyby być jedynie przepisy ich własnego państwa. Niektóre kraje unijne wyrażały obawy, że prowadzi to do dumpingu socjalnego, ponieważ wymogi wobec usługodawców w krajach Europy Środkowej i Wschodniej są mniejsze niż na Zachodzie. Polska opowiadała się za projektem. Zmiany ułatwiłyby funkcjonowanie naszym firmom na rynkach unijnych. W marcu parlamentarzyści zgłosili szereg poprawek do dyrektywy. Prace nad nimi jednak zatrzymano.

Według naszych informacji, Parlament Europejski przełamie impas i zajmie się poprawkami podczas posiedzenia planowanego na ostatni tydzień października. Deputowanych ze "starych" krajów członkowskich przekonały argumenty, że dyrektywa będzie korzystna także dla ich rodzimych firm, ponieważ upraszcza obowiązujące przepisy. Usługodawcy będą np. mogli ograniczyć koszty uzyskiwania licencji w różnych państwach. Projekt ujednolica też zasady korzystania z opieki zdrowotnej. - Wszyscy członkowie są świadomi, że ta regulacja jest im potrzebna. Zresztą około 90% zagadnień, które obejmuje, jest już regulowane unijnym prawem - twierdzi Anne Houtman z Dyrekcji Generalnej ds. Rynku Wewnętrznego w Komisji Europejskiej.

Parlamentarzyści będą jednak chcieli wprowadzić ograniczenia. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to wyłączenie części usługowych branż z zasady krajów pochodzenia. Mówi się w tym przypadku o wykreśleniu tzw. usług powszechnych - m.in. telekomunikacyjnych, dostarczania energii czy wody. Drugi - to zapisanie w dyrektywie okresów przejściowych dla nowych krajów członkowskich.