Wprawdzie na wczorajszej sesji WIG20 stracił 0,4%, ale trudno to zachowanie rynku interpretować jako reakcję na rosnącą rentowność obligacji na świecie i w kraju. Tak niewielka zmiana wartości głównego indeksu nie zasługuje właściwie na żadne tłumaczenie. Ot, po prostu jeszcze jedna korekcyjna sesja w długoterminowym trendzie wzrostowym.

Ostrzegawcze sygnały płynące z rynku obligacji, na którym chyba zaczęto dostrzegać zagrożenia wynikające z wysokich cen ropy, choć coraz silniejsze, na razie są ignorowane. Inwestorzy mają bowiem prawo być przekonani, że spadek cen na rynku długu (i tym samym zwiększenie rentowności obligacji) jest chwilowy. Cóż z tego, że rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich skoczyła od początku września z 4, do 4,4%, skoro od dwóch lat krąży między 3,8 i 4,8%? Czy ma jakieś znaczenie, że dochodowość 10-letnich papierów niemieckich wynosi 3,2% i jest najwyższa półtora miesiąca, skoro od ponad roku praktycznie bez ustanku spada?

Przechodząc do polskich akcji i obligacji - pewność, że pogorszenie koniunktury na rynku długu jest tylko chwilowe, może zabrać inwestorom przekroczenie granicy 5% na wykresie rentowności. To na tej wysokości na najbardziej płynnych papierach 5-letnich ukształtował się lokalny szczyt na początku sierpnia i tutaj też powstał długoterminowy dołek na przełomie maja i czerwca 2003 roku.

Jest jeszcze przynajmniej jeden powód, dla którego na razie akcje ignorują to, co dzieje się na rynku obligacji. Porównanie rentowności papierów dłużnych ze stopą zysku (odwrotność C/Z) pokazuje, że akcje wciąż wyceniane są niżej. Dla spółek z WIG20 i MIDWIG średni C/Z wynosi 15-16, co oznacza stopę zysku na poziomie 6,3-6,7%. Jeśli rentowność obligacji przekroczy 5%, premia za ryzyko inwestycji w papiery udziałowe znacznie zmaleje. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że zyski spółek w drugiej połowie roku wcale nie zapowiadają się rewelacyjnie (poza wyjątkami jak np. spółki energetyczne), zatem trudno liczyć na istotne obniżenie wskaźników C/Z w najbliższej przyszłości.