Reklama

Sygnał zdechłego kanarka

Skala spadku z ubiegłego tygodnia nie jest duża, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ją jeszcze trochę powiększyć. Tak czy inaczej wydaje się, że po jej zakończeniu przyjdzie nam zanotować nowe rekordy hossy. Trend się jeszcze nie skończył.

Publikacja: 10.10.2005 09:55

Cały ubiegły tydzień (podobnie jak kilka poprzednich) upłynął nam na śledzeniu kampanii wyborczej. Tym razem tylko prezydenckiej, ale niewielka to różnica, gdyż jest ona równie męcząca, jak parlamentarna. Tym bardziej że aktywni są ci sami ludzie. Teraz jest nawet trudniej, bo słyszy się coraz większe głupoty wypowiadane w celu zjednania sobie większej grupy wyborców. Frustrację powoduje także fakt mieszania się kampanii prezydenckiej z pracami formowania rządu, co skutkuje dziwnymi postulatami i programami. Niektórzy porywają się nawet na ich ocenę, ale wydaje się to mało efektywne. Nie znamy jeszcze programu rządu, czyli programu koalicji, ale propozycje każdego z jej uczestników.

Pozorny liberalizm

Kandydat na szefa rządu Kazimierz Marcinkiewicz przedstawił w ubiegły weekend swój plan, składający się z pięciu filarów. Na ile jest on swój, możemy się tylko domyślać. Uchodzący w PiS za liberała Marcinkiewicz rzuca hasłami, które tej opinii każą przeczyć. Z jednej strony mamy hasło "rozwój przez zatrudnienie", za którym idą propozycje zmierzające do obniżenia podatków, zmniejszenia kosztów pracy, ulgi w podatku dochodowym od osób prawnych i fizycznych, 18-proc. podatek dla małych i średnich przedsiębiorstw, ulgi na tworzenie miejsc pracy. Pojawiło się też hasło "przyjazne prawo gospodarcze" - uproszczone procedury, mniej licencji i koncesji, przywrócenie państwu sądownictwa gospodarczego. To rzeczywiście może uchodzić za działania mające na celu powiększenie wolności i sprawności w gospodarce. Z drugiej strony mamy propozycje, które jakoś do pierwszych dwóch pasują już mniej. Postuluje się powołanie Agencji Inwestycyjnej, która pachnie przyhamowaniem procesu prywatyzacji. Mamy wreszcie postulat odnoszący się do polityki pieniężnej, co samo w sobie jest zastanawiające, bo ta nie jest przecież domeną rządu. No i wreszcie coś, co od kampanii trudno oderwać - hasło budowy 3 mln mieszkań w osiem lat. Dla tego postulatu szkoda choćby tych kilku zdań...

Raport nie taki straszny...

Poświęćmy kilka chwil na to, co wydarzyło się w piątek w USA. O 14.30 naszego czasu opublikowany został raport o stanie rynku pracy we wrześniu. Przez większość uczestników rynku ta publikacja uchodzi za kluczową w miesięcznym cyklu publikacji danych makro. To w czasie podawania zmiany liczby miejsc pracy w sektorze pozarolniczym wahania cen aktywów oraz wartości amerykańskiej waluty są największe. Ten raport był wyczekiwany ze szczególną uwagą. Miał pokazać, jakie skutki dla gospodarki pociągnęła za sobą obecność dwóch poważnych huraganów Katrina i Rita.

Reklama
Reklama

Agencje podawały, że rynek oczekuje spadku liczby miejsc pracy o ok. 150 tys. Była to, oczywiście, średnia. Faktycznie rozpiętość prognoz była oszałamiająca. Przypomnijmy, że szacunki dotyczące ciosu w rynek pracy obszarów dotkniętych kataklizmem mówiły o spadku zatrudnienia o ponad 400 tys. Część analityków pamiętała te wartości i właśnie takiego spadku obawiała się w raporcie. Byli też i tacy, którzy uspokajająco twierdzili, że nie będzie dramatu i spadek zatrudnienia nie będzie duży (-25 tys.). Okazało się, że właśnie ci ostatni mieli rację. Faktycznie, według raportu we wrześniu ubyło 35 tys. miejsc pracy, czyli znacznie mniej, niż wskazywała na to średnia prognoz. Nie zmienia to faktu, że mamy tu pierwszy od maja 2003 roku spadek. Raport okazał się tym lepszy, że dokonano rewizji danych za poprzednie miesiące, dodając kolejnych 77 tys. Te informacje pomogły dolarowi, który się umocnił. Rynek akcji zachował się zaś wstrzemięźliwie.

...ale radości nie widać

Powodem tej chłodnej reakcji były pojawiające się szybko obawy, że raport był "zbyt dobry", a więc, że w przyszłym miesiącu może dojść do poważnej rewizji zawartych w nim wielkości, co sprowadzi je do poziomów "realnych". Szybko na te tezy odpowiedział sekretarz skarbu John Snow, którego zdaniem nie należy spodziewać się jakiejś poważnej rewizji piątkowych danych. Dodał on także, że szacunki dotyczące wielkości wymaganej pomocy dla terenów dotkniętych huraganami są nierealne. Mogło to zadziałać na rynek uspokajająco, ale nie zadziałało. Indeksy mimo poważnego spadku cen w poprzednich dniach zdobyły się tylko na nędzne odbicie.

Co sprawia, że nastroje są takie marne? Wydaje się, że ma tu wpływ splot kilku czynników, z których jeden w dużym stopniu zawdzięcza swoje życie mediom, a drugi wydaje się już bardziej realny. W komentarzach tego tygodnia, czyli po sesjach sporych spadków, za każdym razem powtarzane było zdanie, że rynek boi się wysokiej inflacji. Czy faktycznie, czy też jest to tylko wygodne tłumaczenie słabości indeksów? Nie można zaprzeczyć, że ostatnie wystąpienia przedstawicieli poszczególnych banków rezerwy federalnej zwracały uwagę na pojawiające się napięcia inflacyjne. Tylko że nie jest to przecież żadna nowość. O napięciach inflacyjnych mówiło się już od dłuższego czasu. Każdy komunikat po posiedzeniu FOMC wspomina o ryzyku inflacji. Od wielu miesięcy mówi się o wpływie wysokich cen surowców na wartość wskaźnika zmian cen. Czytając komentarze z tego tygodnia można dojść do wniosku, że rynek się zbudził z jakiegoś dziwacznego snu i dopiero teraz zaczął dostrzegać to, o czym się mówiło już od wielu miesięcy.

Czy faktycznie wcześniej wszyscy problem starali się ignorować, by teraz nagle panicznie się go obawiać? Stawiałoby to profesjonalizm zarządzających pod dużym znakiem zapytania. Myślę, że mylą się raczej komentatorzy. Problem nie leży w inflacji, a przynajmniej nie tylko. Zauważmy, że zbliża się sezon publikacji wyników finansowych. Już w tym tygodniu poznamy wyniki kilku ważniejszych spółek, ale apogeum mamy w dwóch tygodniach następnych. Właśnie te publikacje mogą być jednym z poważniejszych czynników budzących obawy. W ubiegłym tygodniu dokonano rewizji szacunków wzrostu zysków spółek wchodzących w skład indeksu SP500. Teraz oczekuje się, że będzie to wzrost o ok. 15-16%, gdy jeszcze parę tygodni temu mówiono o 18%. Ten wynik i tak jest w pewnym sensie przekłamany, gdyż zawiera w sobie silną poprawę wyników spółek sektora energetycznego.

W kontekście wyników finansowych mówi się o wpływie wysokich cen surowców i wpływie huraganów.

Reklama
Reklama

Uwaga na piątek

To wyniki będą teraz tematem numer jeden w USA. Poza jednym wyjątkiem. W piątek opublikowana zostanie wartość wskaźnika zmian cen towarów konsumpcyjnych. Będą też inne dane, jak choćby dynamika sprzedaży detalicznej, czy produkcji przemysłowej, ale to właśnie inflacja będzie w tym dniu najważniejsza. Ważna będzie jej wielkość, ale także ważna będzie ocena rynku co do przyszłych poczynań FOMC. Prognozy są znamienne. Oczekuje się, że wskaźnik CPI wyniesie we wrześniu +0,8%, czyli ma to być największy miesięczny wzrost cen od momentu inwazji wojsk Saddama Husajna na Kuwejt w 1990 roku. Niektórzy mówią nawet o wzroście o 1,5%. Byłby to największy wzrost od 32 lat i drugi w historii.

Nieważne, czy zagrożenie jest aż tak wielkie. Te wartości pokazują jednak, w jakim stanie jest rynek. Być może dopiero właśnie piątkowa publikacja trochę go ustabilizuje. Teraz po informacji o rosnących oczekiwaniach inflacyjnych dla wszystkich jest jasne, że Fed nie zejdzie w najbliższym czasie ze ścieżki podwyżek stóp procentowych. Już teraz oczekuje się, że na najbliższych posiedzeniach FOMC wzrosną one o kolejnych 50 pkt bazowych. Szanse, że na styczniowym posiedzeniu skoczą o kolejnych 25 pkt bazowych, ocenia się teraz na 48%.

Spadki w Polsce

I tym sposobem przechodzimy do polskiego rynku, który staje przed widmem konkurencji ze strony rosnących stóp procentowych w USA. Kraju, który nawet mając problemy, jest postrzegany jako znaczenie bezpieczniejszy niż nasz. Mamy też w pamięci zakusy na dalsze obniżki rodzimych stóp procentowych. Taki układ rentowności jest dla nas coraz bardziej ryzykowny. Tym bardziej że mamy za sobą kilkuletnią hossę na rynku akcji. Rodzi się pytanie, jak długo inwestorzy zagraniczni będą się trzymać naszych aktywów? Na ile oceniają ryzyko obecności w Polsce w stosunku do możliwych do uzyskania zysków? Obawiam się, że ta relacja powoli staje się coraz mniej korzystna i w końcu znajdzie swoje odzwierciedlenie w ruchach zagranicznego kapitału.

Ostatni tydzień przyniósł dość poważny spadek wartości indeksu WIG20 i wystawionych na niego kontraktów. Właściwie nie chodzi o samą skalę spadku, bo ta jest co najwyżej umiarkowana (wartość kontraktów spadła od szczytu do piątkowego dołka o 7%), ale o jego szybkość. Ta dynamika ruchu pokazuje, że cały czas narasta nerwowość wśród naszych inwestorów. Myślę, że wielu ma świadomość, że hossa się kiedyś musi skończyć. To potęguje strach przed posiadaniem długich pozycji w najmniej korzystnej chwili. Niektórzy nawet są zdania, że właśnie w tym tygodniu rozpoczęliśmy bessę.

Reklama
Reklama

Byłbym ostrożny z takimi ocenami. Miniony tydzień był faktycznie szczególny. Spadek okazał się na tyle silny, że dał sygnały na niektórych narzędziach średnioterminowych. Zaburzył tym samym harmonię ostatniego wzrostu cen. Przez ostatnie miesiące rynek rósł praktycznie bez głębszych korekt. Pewne wahania pojawiły się na skutek ataków w Londynie, ale szybko zostały one zniwelowane. Tak czytelny wzrostowy trend powodował, że sporej części graczy wpadło trochę grosza. Zarabianie na giełdzie wydaje się proste. Ono jednak proste nie jest. Właśnie mamy początek okresu, który ma za zadanie to udowodnić.

Łatwe zyski się skończyły

Jeśli przyjąć, że rynek w dłuższym terminie ma pewną średnią wartość "skomplikowania w osiąganiu zysków" i średni odsetek osób, które osiągają na nim sukces, po okresie stosunkowo "łatwym" musi przyjść okres "trudny", który skoryguje w dół zawyżone zyski i zawyżoną liczbę osób, które wygrywają. Jest to całkiem racjonalne. Nie ma narzędzi, które w każdym momencie rynkowego cyklu przynoszą zyski. Mamy za sobą świetny czas dla narzędzi trzymających się trendu. Ten tydzień pokazał, że to już przeszłość. Wchodzimy w okres, w którym średnioterminowi gracze będą przeżywać trudne chwile. Może warto się zastanowić, czy nie opuścić rynku? Czy jest to złamaniem zasad? Niekoniecznie. Nawet szczycący się konsekwencją żółwie (gracze posługujący się systemami podążającymi za trendem opartymi na wybiciach) korzystają z zasady "skip after the winner", czyli opuść sygnał po tym, jak poprzedni dał zysk.

Być może spadek w ubiegłego tygodnia jest tą korektą, która ma trochę przetrzepać rynek. Korektą, na którą czekałem i która jest niezbędna do późniejszego wykreślenia szczytu. Jej skala nie jest duża, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ją jeszcze trochę powiększyć. Tak czy inaczej, wydaje się, że po jej zakończeniu przyjdzie nam zanotować nowe rekordy hossy. Trend się jeszcze nie skończył. Jedna czarna świeca na wykresie tygodniowym indeksu WIG20 z pewnością o tym nie świadczy. Wchodzimy w trudny okres poprzedzający zmianę trendu. Ten szybki spadek to jak martwy kanarek w kopalni. Dzieje się coś niedobrego, ale jest czas na ewakuację. Warto zachować spokój i trzymać nerwy na wodzy.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama