Wąsaty konduktor od niechcenia pokazał nam przedział "dla osób z dziećmi do 4 lat". W środku siedziały dwie pary ze śpiącym na siedzeniach przychówkiem. Upewniwszy się, że w innych przedziałach sytuacja nie wygląda lepiej, zajęliśmy dwa ostatnie miejsca. Półroczną córeczkę trzymałem na rękach. W sąsiednim, służbowym przedziale, rozsiadł się konduktor. Był sam.
Na następnej stacji do pociągu wsiedli kolejni rodzice z maluchem w wózku. Wąsacz i ich skierował do naszego przedziału. Tym razem ojcowie musieli stanąć na korytarzu.
- Czy gdyby wsiadła kolejna rodzina z dzieckiem, też skierowałby ją pan do tego przedziału? - spytałem, oczekując od kolejarza chociażby namiastki ludzkiego zachowania. - Takie są przepisy - konduktor zaskoczył mnie kompletnie.
- Tam tłoczą się matki z małymi dziećmi, a pan tu siedzi sam. Nie jest panu tak zwyczajnie, po ludzku wstyd? - spytałem, nie oczekując już niczego od wąsacza. - Nie - brzmiała krótka, kolejarska odpowiedź.
Najwyraźniej jednak samemu konduktorowi wydała się ona zbyt lakoniczna, bo po chwili dorzucił: - Tu jest zakład pracy. Co będzie, jak przyjdzie kontrol?