Wczorajsza sesja, w czasie której kursy ładnie wzrosły, mogłaby być na pierwszy rzut oka uznana za początek powrotu do trendu. Tym bardziej miałoby to swoje uzasadnienie, gdy spojrzymy na liczbę otwartych pozycji, która do godziny 14.00 właściwie nieprzerwanie rosła. Uprawniałoby to do stwierdzenia, że rynek pchany jest w górę przez kapitał oczekujący na dalszą zwyżkę.

Niestety, jest poważny problem, który takie wnioskowanie, jeśli nie podważa, to przynajmniej stawia pod dużym znakiem zapytania. Tym problemem jest mały obrót. Dotyczy to zarówno rynku terminowego, ale przede wszystkim rynku akcji. To, niestety, znacząco zmniejsza znaczenie ruchu cen. Sytuacja robi się zatem dość niejasna. Jeśli przyjąć, że popyt faktycznie ma zamiar poważniej podnieść ceny, to zabiera się za to zdecydowanie zbyt anemicznie. Dzięki wczorajszemu wzrostowi udało się jedynie zbliżyć wykres cen do okolic ostatniej luki bessy. O poważnym ataku nie mogło być mowy, a to przecież najważniejsze zadanie dla byków w najbliższym czasie.

Po takiej sesji trudno być optymistą co do przebiegu notowań w najbliższym czasie. Na razie wygląda to bowiem na sztuczne podnoszenie cen. Być może po to, by przycisnąć rynek przynajmniej jeszcze raz. Obawiam się, że to jeszcze nie koniec korekty i przyjdzie nam jeszcze przetestować okolice dołka na 2370 pkt. Nie wykluczam, że w ramach tego spadku zaliczymy nowy dołek ruchu trwającego od szczytu na 2548 pkt. Przypomnijmy, że na razie skala korekty to raptem 7%. Naprawdę nie stanie się nic złego, jeśli będzie ona wynosiła np. 10%. Dopiero wtedy będzie okazja do powrotu do trendu. Trendu, który, moim zdaniem, nadal jest wzrostowy, a wielkość bazy pozwala przypuszczać, że potencjał do wzrostu cen jest znaczny.