Notowania na rynku naftowym wykazywały w zeszłym tygodniu skłonność do spadku, który został jednak zahamowany. Od wtorku ceny ropy zaczęły znów rosnąć, by przewyższyć poziom sprzed tygodnia.
Tendencji zniżkowej sprzyjały zwiększone dostawy paliw płynnych na rynek amerykański. W tygodniu do 30 września ich import wzrósł o 26%, do 4,5 mln baryłek dziennie, osiągając najwyższy poziom od 1990 r. Tak duża podaż powinna dać unieruchomionym przez huragany rafineriom więcej czasu na usunięcie zniszczeń i wznowienie produkcji. Dlatego w ubiegły czwartek ceny ropy spadły do najniższego poziomu od dwóch miesięcy. W Nowym Jorku baryłka tego surowca kosztowała mniej niż 61,50 USD, a w Londynie poniżej 58,50 USD. Staniała też benzyna, gdyż jej wysokie ceny ograniczyły w USA popyt.
Do ponownego wzrostu notowań przyczynił się raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej. Podkreślono w nim konieczność wykorzystania w maksymalnym stopniu mocy produkcyjnych rafinerii, aby w IV kwartale uniknąć braku paliw, zwłaszcza niezbędnego zimą oleju opałowego. Obniżono też o 900 tys. baryłek dziennie prognozę wydobycia ropy w krajach nie zrzeszonych w OPEC, podczas gdy światowy popyt ma być w tym czasie mniejszy tylko o 100 tys. baryłek dziennie.
W Londynie gatunek Brent z dostawą w listopadzie kosztował wczoraj po południu 60,75 USD za baryłkę w porównaniu z 60,08 USD w końcu sesji wtorkowej i 60,12 USD w poprzednią środę.