Wczorajsza sesja udowadnia, że polski rynek nie jest jeszcze gotowy na zmianę trendu długoterminowego na spadkowy. Informacja o tym, że inflacja w USA na poziomie producentów (PPI) wyniosła we wrześniu 1,9%, swoją wymową była w stanie powalić nawet najsilniejszy rynek wschodzący. Roczny wzrost cen wyniósł 6,9% i jest to najwyższy poziom od grudnia 1990 roku. Oznacza, że trudno mieć nadzieję na szybkie zakończenie cyklu podwyżek stóp procentowych w USA. Trudno też, żeby rosnąca inflacja nie spowodowała dalszego wzrostu rentowności amerykańskich obligacji skarbowych. W tej chwili ich realna rentowność wynosi ok. -0,3%. Oczekiwanie na podwyższenie stóp już przyciąga inwestorów - w sierpniu napłynęło do USA 91,3 mld USD, wobec szacunków analityków opiewających 54 mld. Dane spowodowały znaczne umocnienie dolara - na wykres EUR/USD rozpoczęło się testowanie kluczowego wsparcia na 1,19. Wydaje się, że zachowanie waluty będzie tutaj decydujące. Realne stopy procentowe są bowiem jeszcze ujemne, a ogromna różnica między inflacją a inflacją bazową (2,6% w ujęciu rocznym wzrosły ceny producentów z wyłączeniem cen energii i żywności) pokazuje, że przyszłe zyski przedsiębiorstw stoją pod znakiem zapytania (nie przerzucają kosztów energii na konsumentów). Zatem ani amerykańskie obligacje, ani akcje nie wyglądają atrakcyjnie...Jednak przeświadczenie o umacniającym się dolarze przyciąga kapitał do USA i odciąga go od rynków wschodzących.

Dlatego wczorajszą reakcję GPW określiłbym jako mocno stonowaną. Dużo większy wpływ miał amerykańskie dane na BUX, który stracił 1,4%, ale i tak zamknięcie sesji na giełdzie w Budapeszcie nastąpiło powyżej piątkowego dołka, na co początkowo się nie zanosiło. Wpływ na słabsze zachowanie tamtejszego rynku mogła mieć rekomendacja JP Morgan, który zalecił kupno złotego i sprzedaż forinta. Uzasadnieniem są "amerykańskie" deficyty naszych bratanków. Deficyt budżetowy w tym roku ma przekroczyć 6% PKB, a obrotów bieżących sięga obecnie 8,5% PKB.