Do pisania o rynku wracam po niemal dwutygodniowym "urlopie", w czasie którego na giełdzie rodziła się korekta w hossie, a mnie rodziła się córka. W obu przypadkach emocji nie brakowało. Patrząc w tym okresie nieco z dystansu na giełdę, nie mogłem się nadziwić, jak powszechnym zaskoczeniem okazały się napięcia inflacyjne w USA (impuls do przeceny). Nie twierdzę przy tym, że można było wyznaczyć dokładny punkt zwrotny na GPW. Równie dobrze mocny wzrost mógł skończyć się 100 pkt wyżej/niżej i tylko ktoś bardzo naiwny mógłby wyznaczać moment szczytu. Natomiast jeśli ten wzrost miałby zdrowe podstawy, to tak gwałtownej korekty byśmy nie doświadczali. Ale podstaw nie miał. Przez cały wrzesień wszystkie negatywne wiadomości były totalnie ignorowane, a rynek napędzała siła trendu i moda na rynki wschodzące. Teraz trzeba było płacić za to wysoką cenę. Zasłużenie, i dziwić to nie powinno.
Jak wysoką cenę? Obecna skala spadku nie zabiera jeszcze niedźwiedziom wszystkich argumentów. Za długo jednak obserwuję rynki, by uwierzyć, że kontrolujące nasz rynek fundusze zagraniczne dopuszczą teraz do kolejnego 10-proc. wodospadu, bez wprowadzania rynek choćby w konsolidację, w czasie której dystrybucja papierów jest znacznie łatwiejsza niż w trendzie spadkowym. Do znalezienia twardszego dna technicznie moment idealny. WIG20 dotknął na środowej sesji "pierwszego" ważnego zniesienia Fibonacciego, czyli zniesienia 38,2-proc. fali wzrostowej, rozpoczętej w połowie maja. Jeśli rynek teraz zawróci na północ, to w dłuższym terminie będzie to świadczyć o bardzo dużej sile tego kilkumiesięcznego trendu wzrostowego. Fundusze mają więc czego bronić - choć jednocześnie przypomnę, że prognozowanie zniesienia całego trendu można rozpocząć dopiero pod 2100 pkt (zniesienie 61,8%).