Reklama

O czym śnią ekonomiści?

Uzasadnione jest założenie, że większość wypowiedzi i komentarzy notabli życia politycznego to część "gry wyborczej"

Publikacja: 21.10.2005 08:51

Kilkaset lat temu Shakespeare skonstatował, że są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Patrząc na to, co się dzieje przy okazji tegorocznych wyborów, można śmiało rzec, że zdarzają się również rzeczy, które nie śniły się ekonomistom. A zapewniam, że to grupa, którą niełatwo zadziwić. Przejdźmy do rzeczy.

Zwykle zmiana ekipy rządzącej wywoływała pewne zamieszanie rynkowe przed wyborami parlamentarnymi, a westchnienie ulgi i powrót pozytywnego nastawienia po tychże wyborach. Patrząc z tej (historycznej) perspektywy, rok 2005 jawi się jako swego rodzaju anomalia. Kampania wyborcza nie wywarła na inwestorach większego wrażenia, a obecne powyborcze perturbacje wydają się rynkom finansowym serdecznie obojętne. A przecież patrząc obiektywnie, sytuacja nie wygląda normalnie. Mijają dni i tygodnie, a wciąż nie ma koalicji, nie ma rządu, obaj potencjalni koalicjanci spoglądają na siebie coraz bardziej wrogo, ich programy gospodarcze zaś ulegają coraz większej polaryzacji. Można jednak odnieść wrażenie, że wyrozumiałość rynków wynika z przekonania, że tak naprawdę kampania wyborcza nie skończyła się 25 września, lecz będzie trwać do drugiej tury wyborów prezydenckich. W związku z tym uzasadnione jest założenie, że większość wypowiedzi i komentarzy notabli życia politycznego to część (jak to się ładnie mówi) "gry wyborczej". Jeżeli takie założenie rzeczywiście przyjmiemy, to stoicki spokój rynków w obliczu - czasem niezbyt szczęśliwych - oficjalnych komentarzy staje się bardziej zrozumiały.

Pozostaje pytanie, jak długo taka, arkadyjska wręcz, atmosfera tolerancji i wzajemnego zrozumienia może przetrwać? No cóż, nie będzie ryzykowne stwierdzenie, że pod koniec miesiąca, gdy od kampanijnej retoryki przyszli koalicjanci przejdą do konkretnych rozmów, mogą zacząć się schody. Dotyczy to zarówno fiskalnych konsekwencji ustaleń koalicyjnych, jak i sposobu, w jaki będą one przekazywane.

Parę miesięcy temu w jednym z komentarzy pisałem, że potencjalnie jednym z większych powyborczych czynników ryzyka rynkowego będzie proces wzajemnego uczenia się tak nowych decydentów gospodarczych, jak i rynków. Pierwsi będą poznawać, jak - niekiedy trudne - decyzje komunikować w sposób maksymalnie bezszkodowy, drudzy zaś będą uczyć się, jak takie komunikaty "rozszyfrowywać". Ile może taki proces trwać? Cóż, wzajemne "wyczuwanie" intencji pomiędzy rynkami a nową RPP trwało około roku. Można mieć tylko nadzieję, że w przypadku nowego rządu nie będzie to trwać aż tyle.

Przy okazji dywagacji nad meandrami polityki informacyjnej, zawsze przypomina mi się komentarz jednego z obserwatorów tureckiej gospodarki, który zachowanie rządu tego kraju w czasie trwania kryzysu rynkowego skwitował słowami, że kroczy on (tzn. rząd) po cienkim lodzie, a jak tak dalej pójdzie, będzie musiał nauczyć się chodzić po falach. Nasza polska sytuacja rynkowa jest dużo bardziej stabilna i przewidywalna niż turecka i ta opinia do naszej rzeczywistości nijak nie przystaje. Jednak nie zmienia to wniosku, że w ciągu najbliższych miesięcy odrobina ostrożności nikomu nie zaszkodzi.

Reklama
Reklama

Autor to tarszy ekonomista Société Générale

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama