Kazimierz Marcinkiewicz robi bardzo dobre wrażenie (odsyłam do wywiadu opublikowanego wczoraj w PARKIECIE). I ma zadatki na bardzo dobrego premiera. Lech Kaczyński wrażenie robi takie samo od lat, ale zmienia sposób działania. Z korzyścią dla siebie i - miejmy nadzieję - dla kraju. Jeśli jeszcze umie, w przeciwieństwie do swojego imiennika, a zarazem poprzednika na prezydenckim fotelu, wyciągać wnioski z błędów własnych (związanych choćby z kierowaniem stolicą i decyzyjnym paraliżem) i cudzych (dla przykładu AWS-u), to może sprawić sporą niespodziankę swoim krytykom.

Mamy nowy układ władzy i - co tu kryć - bez względu na poglądy ogromne nadzieje z nim związane. Wielu miało je już cztery albo osiem lat temu, czy też - w innych rachunkach - dziesięć (bo przed pięciu laty nic się nie zmieniło) czy piętnaście. Efekt? Gorzkie rozczarowanie, a nawet złamane serca wyborców. I sporo bałaganu w kraju, o korupcji i układach nie wspominając. Potrzeba zmian jest ogromna, i w kwestii praktyki rządzenia, i w sferze emocji, co prezydent - elekt zrozumiał doskonale. Czy zostanie zaspokojona? Poczekamy - zobaczymy. Jedna rzecz irytująca jest już na wstępie. Znowu chodzi o rachunki. O tę uparcie powtarzaną frazę o IV Rzeczpospolitej. Kryterium takich obliczeń powinna być, jak się zdaje, po prostu niepodległość. Stąd chyba wzięła się i I, i II Rzeczpospolita. Jeśli przyjmiemy, że od dobrych kilku, kilkunastu lat mamy znów suwerenne, własne (czy lepiej: wspólne) państwo, nawet jeśli kulawe, sponiewierane przez polityków i mało sprawne, to mamy po prostu III Rzeczpospolitą. I kropka. Że ona nie bardzo nam się podoba, że idea wszechstronnej sanacji jest słuszna i niekoniecznie stanowi populistyczne zawołanie, to już zupełnie inna historia. Podobnie było przecież z II Rzeczpospolitą, na co nawet nie trzeba przykładów.

W 1989 r. przez pewien czas o IV Rzeczpospolitej uparcie mówił profesor Stelmachowski. W sposób pewnie niezamierzony nobilitował Peerel i tezę o ograniczonej suwerenności, jakby te pojęcia nie były sprzeczne. Teraz inny jest kłopot. Że co cztery lata, albo co pięć będziemy mieć kolejną Res Publicę. I że jeszcze za naszego życia znajdzie się ona na poziomie dwucyfrowym. I, niestety, nie będzie chodziło o wzrost PKB.

Tyle o imponderabiliach. Bardziej irytujące są tylko komentarze zagraniczne do wyniku wyborów, np. o nacjonalizmie, rusofobii czy germanofobii prezydenta - elekta. Idea, że generalnie powinniśmy siedzieć cicho, nawet kiedy idzie o nasze słuszne, a czasem wręcz podstawowe, interesy, zyskała niebezpiecznie wielu zwolenników. Podobnie śmiesznie brzmią, nie tylko zresztą obce, komentarze ex ante podsumowujące nową prezydenturę: zaściankowa, konserwatywna, klerykalna, staroświecka, przesadnie (?) patriotyczna. To niezły punkt wyjścia. Jak wiadomo, kiedy wyniki spółki są złe, nawet niewielka poprawa sprawia, że wszyscy mówią o niesamowitej dynamice. Zwycięzca wyborów także może skorzystać z efektu "niskiej bazy". Oby skorzystał.

Wczoraj zaczęło się inne licznie. Potencjalni koalicjanci zasiedli - w zupełnie różnych humorach - do stołu. Jeśli jeden z nich wykaże się rozsądkiem i z zazdrości nie zabierze "własnych zabawek", jest szansa na korzystny rezultat, i w arytmetyce budżetowej, i parlamentarnej. Gra jest warta świeczki, bo w istocie skorzystać możemy wszyscy. Czekamy na wynik w takich kwestiach, jak "kotwica budżetowa", cięcia w administracji, naprawa finansów publicznych, obniżki podatków, tempo prywatyzacji i tym podobne. Te rachunki są o wiele bardziej pasjonujące i ważniejsze niż zliczanie wyborczych głosów. Od nich chyba najbardziej zależy, z jaką Rzeczpospolitą będziemy mieć do czynienia, bez względu na przypisywany jej numerek. I czy kawały o ptasiej grypie, jakoby już obecnej w Polsce, przynajmniej od niedzieli, okażą się tylko niesmacznym żartem, czy proroczą metaforą.