Optymizm wynikający z amerykańskiej polityki i mianowania Bernanke na następcę Greenspana (spełnienie "prośby" rynków finansowych) starł się wczoraj z rodzimym politycznym zamieszaniem, gdzie do nominacji na rządowe stanowiska jest coraz dalej. Jak widać, nie tylko nikt nie lubi przegrywać wyborów, ale też mało kto umie to robić. Gdy rynkami zaczyna rządzić polityka, to ich ocena jest trochę utrudniona. Z jednej bowiem strony tarcia przy tworzeniu koalicji powinny wyraźniej przestraszyć zagranicznych inwestorów, którzy mogli spodziewać się mniej medialnych targów. A tak się nie stało. Z drugiej strony znowu nie do końca można powiedzieć, że taka odporność rynku wyraża jego siłę.
Po części oczywiście spora w tym całym uodpornieniu zasługa wspomnianych rynków amerykańskich oraz europejskich danych makro (np. niemieckie Ifo), które zwiększają szansę na podwyżkę stóp przez EBC. To może pozwolić zacząć mocniej odrabiać ostatnie straty euro wobec dolara, a taki układ bardzo często pomagał walutom naszego regionu (to teraz korzystny układ dla giełd), co widać było już na wczorajszej sesji. Nawet na politycznie dręczonym złotym, choć tutaj polską walutę wspomagało trochę Ministerstwo Finansów.
Tak więc na razie sesja nic nie wyjaśniła i tak pozostanie do czasu politycznych rządowych rozstrzygnięć. Patrząc po raz kolejny na odporność rynku na złe informacje ja wciąż podtrzymuję oczekiwania na kontynuację rozpoczętego tydzień temu odreagowania. Do tej pory sygnałem ostrzegawczym dla byków byłoby dopiero zakrycie czwartkowej luki hossy. Po ostatnich sesjach trzeba do tego dodać, że takim samym ostrzeżeniem byłby teraz brak pozytywnej reakcji w momencie, gdyby politycy szybko i gładko wszystko uzgodnili, a rynek takie informacje również by zignorował.