Koniec zeszłego tygodnia i początek bieżącego przyniósł umiarkowane wahania notowań na rynku naftowym, spowodowane zmiennymi ocenami zagrożenia ze strony huraganu Wilma. Ponieważ obawy, że uderzy on w urządzenia wydobywcze w Zatoce Meksykańskiej okazały się przesadzone, ceny ropy - po przejściowym wzroście - powróciły do poprzedniego poziomu, najniższego od około trzech miesięcy.

We wtorek pojawił się nowy czynnik pobudzający zwyżkę notowań. Uczestników rynku zaniepokoiła perspektywa zwiększonego popytu w USA na paliwa płynne w sezonie zimowym, którego może nie pokryć ograniczona podaż, szczególnie oleju opałowego. Niektórzy eksperci uznali, że po huraganach Katrina i Rita wciąż część amerykańskich rafinerii, choć już nieznaczna, wymaga napraw, a to może zachwiać równowagą na tamtejszym rynku paliw.

Niepokój ten zmalał jednak pod wpływem informacji, że - mimo spadku w zeszłym tygodniu - amerykańskie rezerwy oleju opałowego i napędowego są większe niż rok temu. Ponadto odnotowano w USA wzrost zapasów ropy naftowej oraz benzyny. Optymistycznie brzmiały też zapewnienia przedstawicieli BP, że wydobycie ropy w Zatoce Meksykańskiej powinno powrócić z końcem roku do poziomu sprzed niedawnych kataklizmów.

W efekcie wzrost notowań został zahamowany i w Londynie gatunek Brent z dostawą w grudniu kosztował wczoraj po południu 59,92 USD za baryłkę w porównaniu z 60,24 USD w końcu sesji wtorkowej i 58,60 USD w poprzednią środę.