Jesteśmy świadkami wydarzeń iście historycznych. Za dziesiątki lat pisarze rzędu Długosza czy Jasienicy będą się rozpisywać o pamiętnym październiku roku 2005. No bo czy ktoś widział, czy słyszał o koalicji pozaparlamentarnej, która rozpadła się w chwili, gdy miała stracić prefiks "poza"? O czymś nieistniejącym, choć opiewanym w przemówieniach, co zmieniło się w rzecz nieistniejącą jeszcze bardziej, gdy od "słów trza było przejść do czynów"?
Tyle że potomność, w przeciwieństwie do współczesnych, będzie umiała docenić klasę postaci, które takie dzieło uczyniły. Bo teraz wszyscy sądzą, że to walka o stołki. Że pan Bronisław Komorowski po prostu pała żądzą bycia marszałkiem Sejmu. Że jego koledzy chcieliby lepszych resortów niż jakieś tam edukacje czy ochrony środowiska. Że pana Rokitę pochłaniają sprawy wewnętrzne tak bardzo, że nie lubi jeździć za granicę, więc nie może być ministrem od zagranicy. Że panowie z PiS są tak świetni w prawie i sprawiedliwości, że żaden człowiek z PO nie może zająć się policją i administracją, o sprawiedliwości nie wspominając.
Na to, że chodzi o stołki, wskazują wypowiedzi ekspertów od gospodarki. Twierdzą, że niewiele rzeczy zostało jeszcze do dogadania - a i z tym można sobie poradzić.
Ale to nieprawda - oni walczą o nasze dobro. Wszyscy wiemy - a nasi politycy jak zwykle wiedzą to jeszcze lepiej - że źle jest, gdy złoty jest zbyt mocny. A tak właśnie jest. W rezultacie padają fabryki, ludzie tracą pracę, bogacze zaś pchają się na wyjazdy za granicę, bo tam taniej i cieplej. Tymczasem miało być dobrze, o wiele lepiej niż było. W tym celu trzeba zbić złotego z piedestału, żeby euro kosztowało 4,5, a dolar niewiele mniej. Wraże siły Ministerstwa Finansów podbijały wycenę złotego, na dodatek źli członkowie Rady Polityki Pieniężnej ze swoim capo di tutti capi trzymali stopy procentowe na wysokim poziomie. I wydawało się, że nic z tym nie można zrobić. Ale nasi politycy są mądrzy, więc znaleźli sposób - udają, że nie będzie koalicji, o której tyle się nagadali kilka miesięcy wcześniej i złoty poleci na łeb na szyję. Fabryki znowu ruszą pełną parą, zaczną zatrudniać ludzi, którzy więcej wydadzą na wyroby krajowe niż zagraniczne i nawet bogaci będą jeździć nad Bałtyk, a nie na Baleary. A potem powstanie koalicja i szybko nam zrobi jeszcze lepiej.
Oczywiście, jest ryzyko, że przeceniam naszych polityków. Że oni po prostu uważają, iż hasło "Gospodarka, głupku!" jest skierowane do idiotów o krótkiej pamięci, a nie do mężów stanu, którymi oni są. Że są doskonali i najlepsi, i Polska po prostu by straciła, gdyby nie załapali się na tę akurat fuchę, jaką sobie wymarzyli. I całkiem możliwe, że przyszli historycy, pisarze klasy Długosza czy Jasienicy, nawet się o nich nie zająkną. Bo jak dalej będą sobie tak radzić, wkrótce trzeba będzie rozpisać nowe wybory i politycy prężący teraz muskuły zostaną odesłani w niebyt. I do historii przejdą jako mężowie stanu tymczasowego.