Skłamałbym, gdybym powiedział, że środowe posiedzenie Sejmu wywołało u moich znajomych euforię. Reakcja była zgoła inna. Wybór Marka Jurka na marszałka Sejmu wywołał początkowo pewną konsternację, która stopniowo przerodziła się w coś na kształt melancholii, a nawet - w skrajnych przypadkach - apatii.
Koledzy (i koleżanki), jak jeden mąż pospuszczali nosy na kwintę i - w miarę, jak ogłaszano wyniki kolejnych głosowań nad składem prezydium izby - zniżali je coraz bardziej. Owa zaduma ustąpiła nieco w chwili, gdy wicemarszałkiem Sejmu został Andrzej Lepper. Wtedy zapanowało lekkie ożywienie, a z ust moich kolegów (a nawet koleżanek) dało się słyszeć słowa, które najbardziej przystoją... szewcom.
Na marginesie dodam, że jeden z poddanych przewodniczącego Samoobrony tak się rozpędził, zachwalając z sejmowej trybuny jego kandydaturę, że zaczął opowiadać o honorowym doktoracie, który Lepper ma na dniach odebrać. Tytuł przyznała mu ponoć jakaś bliżej nieznana ukraińska uczelnia. Niedoświadczony poseł Samoobrony najwyraźniej się jednak przejęzyczył. Myślę, że przewodniczący Lepper nie otrzyma tytułu doktora, ale najwyżej magistra honoris causa.
Wróćmy jednak do meritum. Otóż reakcja rynków na środowe wydarzenia w Sejmie była podobna do reakcji moich kolegów (i koleżanek): WIG stracił prawie 1%, o kilka groszy zmniejszył się kurs złotego do euro i dolara.
Głębsza analiza skłania mnie do postawienia tezy, że minorowe nastroje są zupełnie niepotrzebne. Uważam nawet, że wszystkie środowe wydarzenia w Sejmie to bardzo dobry sygnał dla polskiej gospodarki! Dlaczego?