Kolejna sesja bardzo wyraźnego zwycięstwa byków. Rynek konsekwentnie idzie ścieżką wyznaczoną przez podwójne dno z drugiej połowy października. Zasięg wzrostu wyznaczony został w okolice 2470-2475 pkt. Tylko na początek wczorajszej sesji pojawiła się wątpliwość, czy rosnąca rentowność amerykańskich obligacji i spadające ceny ropy (spółki paliwowe) nie staną rynkom wschodzącym na przeszkodzie w realizacji tego scenariusza i w naśladowaniu wzrostów indeksów za Atlantykiem. To poranne zawahanie, pod wpływem węgierskiego BUX, nie trwało jednak długo, a wszelkie wątpliwości dość zaskakująco rozwiały amerykańskie dane. Koszty pracy zamiast oczekiwanego wzrostu +2,0% w III kw. spadły aż o 0,5%, czyli najwięcej od II kw. zeszłego roku, co trochę stonowało obawy o presję inflacyjną. To właśnie dopiero w momencie tej publikacji widać było na rynkach wschodzących uderzenie poważniejszego kapitału, co było widoczne nie tylko w obrotach, co w dużych wartościach pojedynczych transakcji.
Mieszanka powrotu zagranicy i przelewów do OFE (639 mln zł - efekt psychologiczny) okazała się dość wybuchowa. Nie oczekiwałem w czwartek aż takiej dynamiki wzrostu i choć rynek pokazał dużą siłę, to wcale nie oceniam tego aż tak pozytywnie. Znowu zaczynamy wchodzić w spiralę wzrostu, przy której wywołanie realizacji zysków będzie zdecydowanie bardziej gwałtowne. Szczególnie że zachowanie zachodnich parkietów mocno odbija się na nastrojach GPW. Trwalsze zwyżki z reguły rodzą się w większych bólach. Utrzymanie ostatniego tempa 165 pkt. w 4 sesje zaraz przegrzeje rynek. Wygląda jednak na to, że inwestorzy doszli do wniosku, że skoro polityka byków nie zabiła, to znaczy że je tylko wzmocniła. Test prawdy nadejdzie dzisiaj przy danych z rynku pracy w USA.