Mimo że to dopiero początek listopada, to w supermarketach już zaczyna się świąteczna wyprzedaż. Najwyższy więc czas też przygotować czytelników na falę komentarzy o świątecznych zakupach (akcji), czyli czarowania rynku wizją "rajdu św. Mikołaja", a potem "efektu stycznia". Terminy te zapewne znane są większości inwestorów i nie ma absolutnie nic złego w doszukiwaniu się korzystnej dla byków sezonowości na rynku akcji, co sam często robię. Gorzej, gdy taki slogan jest jedyną przesłanką do rekomendowania zakupów lub sprzedaży akcji. Radzę więc uodpornić się na zaklinanie rynku i nie patrzeć tylko w kalendarz, tym bardziej że ostatnie lata bardzo wyraźnie wszystkim teoriom przeczyły.
Na przykład przypomnijmy osławione "Sell in May and Go Away", które sugeruje inwestorom sprzedaż akcji w maju i odkupienie ich dopiero za pół roku w listopadzie (stąd "Halloween Indicator"). Każdy, kto spojrzałby na statystykę Dow Jones od 1970 roku, nie miałby wątpliwości, że to skuteczna strategia. W ostatnich 34 latach średnia stopa zwrotu dla Dow Jones w zimowych miesiącach wyniosła 8,36%, a w okresie letnim -0,03% (liczył Mark Hulbert). Rynki spoza USA też naśladują tę sezonowość. Ale taki byczy obraz to niecała prawda. Jeśli policzyć tę stopę zwrotu od stworzenia indeksu Dow Jones (1896 r.) do 1970 r., to okazuje się, że nie ma już żadnej istotnej różnicy między tymi okresami (3,62% vs 2,71%). Teorii to oczywiście nie podważa, ale pokazuje, jak subiektywnie można przedstawiać takie "argumenty". Zresztą jeśli dodać do tego wszystkiego cykl prezydencki, to okazuje się, że w tych ostatnich kilkudziesięciu latach korzystny dla byków zimowy okres występował tak naprawdę jedynie w trzecim roku prezydentury, czyli zgodnie z teorią prezydenckiego cyklu. Kiedy podsumowujemy te wszystkie zależności, dość jasno widzimy, że kolejna bardzo bycza zima amerykańskich indeksów może być dopiero w przyszłym roku.
Kupuj w maju
Najmocniej przed naśladowaniem tych wszystkich schematów tak naprawdę przestrzega sama GPW. Wystarczy przypomnieć, że to w maju 2003 r. rozpoczęła się trwająca dalej hossa. W 2004 r. w maju wyznaczyliśmy lokalny dołek, testując minima z początku roku. To samo powtórzyliśmy w 2005 r., kiedy po przetestowaniu styczniowego dołka ruszyliśmy natychmiast do fali wzrostowej, równie dynamicznej jak ta w 2003 r. Może więc należy zmienić reguły i na GPW trzeba jednak kupować nie w listopadzie, ale w maju? To w ostatnich trzech latach zdecydowanie najlepszy moment.
Skoro już patrzymy na ubiegłe lata, to warto przy okazji zauważyć, że WIG20 w 2005 r. zachowuje się bardzo podobnie do zeszłego roku. W obu przypadkach na początku roku indeksy ruszyły mocno do góry. W 2004 r. kres wzrostu wypadł w kwietniu, a w tym roku o ponad miesiąc wcześniej. Ale już dołki późniejszych korekt wyznaczone zostały dokładnie w tym samym miejscu - w maju. Skala późniejszych zwyżek jest nieporównywalna w obu latach, ale już ich zakończenie było niemal identyczne - szczyt we wrześniu, jego kosmetyczna poprawa w październiku i rozpoczęła się mocniejsza korekta. Gdyby tego było mało, to w obu przypadkach październikowe spadki zatrzymały się przy zniesieniu Fibonacciego 38,2% fali wzrostowej rozpoczętej w maju i na koniec października mieliśmy mocniejsze odreagowanie. Co z tego wynika? Gdybyśmy nadal mieli iść ścieżką wyrysowaną przez wykres z zeszłego roku, to listopad powinien być konsolidacją w obszarze wyznaczonych przez ostatnie ekstrema (2573,41- 2273,49 pkt dla WIG20), a w grudniu wyraźnie wybijemy się na nowe szczyty hossy. Oczywiście, pamiętam, że sam przed chwilą przestrzegałem przed takim schematycznym patrzeniem na rynek, ale akurat pod taką prognozą bym się podpisał - z innych powodów niż tylko zeszłoroczna analogia.