Nie sądzę, by ktokolwiek wierzył jeszcze, byśmy stali się kiedyś drugą Japonią. Młodszym wyjaśnię jednak, że niegdyś - ćwierć wieku temu - było to całkiem chwytliwe hasło, z którego jednak - jak zwykle - nic nie wynikało (było to mniej więcej w tym samym czasie, gdy za sprawą pożaru odwiertu naftowego w Karlinie naród marzył również o pójściu w ślady Kuwejtu, co zresztą było równie bzdurne). Może zresztą to dobrze, że nie poszliśmy w ślady Japonii? Spojrzenie na statystyki OECD pokazuje bowiem, że to właśnie Japonia była państwem, które w latach 1994-2004 rozwijało się najwolniej ze wszystkich krajów członkowskich OECD - średnio w tempie zaledwie 1,2% rocznie. Na tym tle Polska z 4,4% średniorocznym tempem wzrostu wypada niczym tygrys (no, może... ryś, bo wskaźnik dla prawdziwego tygrysa - Irlandii - wynosił w tym czasie 7,9%!).
Ale, ale... Proste porównywanie dynamiki ma tę wadę, że łatwo zapomnieć o bazie, czyli punkcie wyjścia. Polska, zdewastowana tzw. socjalistycznym gospodarowaniem, w roku 90. zaczynała odrabianie cywilizacyjnych strat praktycznie z pozycji bankruta. Japonia tymczasem miała za sobą wieloletni okres wspaniałego rozwoju, który sprawił, że stała się światowym wzorem innowacyjności, jakości i dyscypliny zarządzania. I, co warte podkreślenia w kontekście Polski, pomimo przecież katastrofalnych zniszczeń wojennych osiągnęła wysoki poziom rozwoju cywilizacyjnego.
Jednak w latach 90. coś w japońskiej machinie się zacięło. Bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości, problemy gigantycznego systemu finansowego, mimo rozpaczliwych wręcz interwencji - bardzo mocny jen, deflacja i wieloletni spadek sprzedaży detalicznej - to tylko kilka problemów, które sprawiły, że przez wiele lat japońska gospodarka nie mogła odzyskać wcześniejszej dynamiki. Ale od kilku miesięcy, pośród zalewu informacji ze światowych rynków, uwagę zwracają budzące nadzieje doniesienia z tego kraju. Rzut oka na wykres flagowego indeksu tokijskiej giełdy - Nikkei 225 - pozwala na konstatację, że w gospodarce musi dziać się coś pozytywnego, skoro wspomniany wskaźnik osiągnął najwyższą wartość od czterech lat (po odbiciu z dołka w 2003 r. i horyzontalnym kołysaniu w 2004 r.). Oczywiście, ponowne spojrzenie na wykres, w szerszej perspektywie, przypomina skalę problemu - inwestycje poczynione na bazie tegoż indeksu np. dziesięć lat temu przyniosły znaczne straty. Ale ostatnie odbicie było wyraźne. Choć są, oczywiście, oceny, że rynek przesadnie optymistycznie reaguje na lepsze, ale wciąż nie rewelacyjne, doniesienia z gospodarki.
Pierwszy i drugi kwartał tego roku przyniosły wzrost PKB Japonii o 5,7 i 3,2% (w układzie rocznym). Co ważne, szanse na dalsze reformy dało wyborcze zwycięstwo premiera Koizumi. Pytanie tylko, co zdąży zrobić przed zaplanowanym już wcześniej, nie tak odległym, wycofaniem, z pierwszej linii polityki. Nie można przy tym sprowadzać misji Koizumiego do reformy finansowego molocha - japońskiej poczty, spełniającej przez wiele lat - dzięki dostępności placówek - rolę gigantycznej kasy oszczędnościowej. Popularność owej pocztowej kasy wynikała w dużej mierze z wielkich kłopotów systemu bankowego - Japończycy szukali bowiem bezpiecznego schronienia dla swych oszczędności. Efekt jest taki, że gdyby z tej poczty wydzielić bank, co zresztą jest w planie, dysponowałby on gigantyczną bazą depozytów - wartości jakichś dwóch bilionów dolarów.
Ale choć reforma japońskiej poczty to smaczny kąsek dla mediów, tak naprawdę kluczowe wydaje się przywrócenie zaufania i wiary konsumentów w przyszłość. Jak można się dowiedzieć z analiz japońskiego banku centralnego, to właśnie w większym popycie wewnętrznym analitycy Bank of Japan upatrują szansę na poprawę ogólnej koniunktury, zwłaszcza przy nieco słabszej dynamice eksportu. A zwiększonym wydatkom konsumentów mogą sprzyjać zarówno nieco wyższe płace, jak i dochody z kapitału (wyższe dywidendy spółek). Jak wynika z danych BoJ, firmy - choć wciąż bardzo ostrożnie - zaczynają używać generowanej gotówki nie tylko na spłatę długów, ale i na inwestycje.