Reklama

Moherowe berety pomogą bykom?

W ostatnim tygodniu zauważalna jest polaryzacja oczekiwań uczestników rynku. W efekcie może nam to dać dynamiczne wybicie poza obszar konsolidacji. Zważywszy na kierunek ruchu przed jej pojawieniem oraz aktualne nastroje rynkowe, oczekuję dalszej zwyżki cen i przynajmniej zbliżenia się do okolic szczytów hossy.

Publikacja: 14.11.2005 08:25

Nie będzie żadnym odkryciem stwierdzenie, że najważniejszym wydarzeniem ubiegłego tygodnia było głosowanie nad wotum zaufania dla rządu Kazimierza Marcinkiewicza oraz poprzedzające to głosowanie expose. Wykrystalizowanie się koalicji parlamentarnej w składzie: PiS, Samoobrona, LPR i PSL to spełnienie się czarnych scenariuszy, podawanych ostatniego lata jako straszak. Nikt wtedy poważnie nie brał takiego układu pod uwagę, a teraz stał się on faktem. Na takim tle zachowanie naszego rynku w ostatnich dniach można zdecydowanie określić jako mocne.

Brak spadku cen oznaką

siły rynku

W ostatnich dniach ceny właściwie nie zmieniły poziomu notowań. Rynek kreśli małą konsolidację, co trzeba uznać za miłą niespodziankę, biorąc pod uwagę wydarzenia, jakie zaszły na scenie politycznej. Trzeba bowiem uznać, że skład ugrupowań politycznych, popierających rząd Marcinkiewicza, nie jest nie tylko gwarantem potrzebnych przemian i reform, ale wręcz budzi obawy, czy w ogóle do tych reform dojdzie. Już warunki wstępne, które miały umożliwić poparcie dla rządu sygnalizują, że postawy roszczeniowe i żądania będą dominowały. Czy stać nas na płacenie okupu w zamian za istnienie takiego rządu? "Nas" gdyż to przecież nie PiS z własnej kasy będzie finansować np. obiecane LPR becikowe.

Słychać głosy, że ta koalicja była tylko doraźnym tworem, który nie będzie już więcej powtarzany. Celem było powołanie rządu i cel ten osiągnięto. Gdy jest już rząd, w obecnej sytuacji parlamentarnej trudno będzie go odwołać. Wymagałoby to koalicji PO z Samoobroną, czy LPR, co trudno sobie wyobrazić. Tym bardziej, że musiałaby ona mieć alternatywę, co już zakrawa o fantastykę.

Reklama
Reklama

Dryf albo kolejne koszty

Wydaje się, że rząd ten ma całkiem spore szanse wytrzymać przez dłuższy czas, a może i do końca kadencji. Tylko, czy można to uznać za pocieszenie? Faktycznie politycznie będzie nieco spokojniej. Problem w tym, jaki cel chce osiągnąć PiS? Przecież gra parlamentarna to nie tylko uchwalenie wotum zaufania, ale także głosowania nad poszczególnymi ustawami. To już pociąga za sobą konieczność klecenia kolejnych, podobnych do czwartkowej, koalicji, co musi się łączyć z kolejnymi ustępstwami na rzecz partnerów. Oczywiście, wychodzę tu z założenia, że PiS ma jakiś inny cel poza samą przyjemnością rządzenia. Jeśli nie chodzi tylko o dryfowanie, to - niestety - każde głosowanie będzie poprzedzone targami. Można się obawiać, ile będzie to nas kosztować. Jak ostatnio zauważyliśmy, misyjność działalności PiS pozwala temu ugrupowaniu iść na wielkie kompromisy. Ile jest w stanie poświęcić PiS, by osiągnąć własne cele? Już wiadomo, że gospodarka nie jest dla tej partii priorytetem. Niestety, wiele dobrego z tego nie może wyniknąć - mamy alternatywę rządu bez inicjatywy, lub z inicjatywą, ale pociągającą za sobą koszty, których akurat teraz powinniśmy unikać.

Spokojne tylko najbliższe miesiące

Perspektywa jest raczej przygnębiająca. Przyznam, że dla mnie jest to dość dobry powód do oczekiwania na większy spadek cen. Rynek antycypuje przyszłe wypadki, a te nie zapowiadają się dobrze. Wprawdzie najbliższy rok może być jeszcze neutralny, to przyszły jest wielką niewiadomą. Chodzi tu zarówno o układ budżetu na 2007 rok, ale także o problem obsadzenia szefa banku centralnego. Padające z ust nowego Prezydenta RP słowa: "Balcerowicz musi odejść" nie pozostawiają cienia wątpliwości, że obecny szef NBP zakończy swoją misję (pomijając fakt, że kończy się kadencja Leszka Balcerowicza). Pytaniem otwartym pozostaje kwestia, kto będzie jego następcą, a raczej, na ile będzie to osoba dyspozycyjna w stosunku do obecnej ekipy rządzącej.

Tak nakreślone tło nie pozostawia wielkiego pola do optymizmu. Można wprawdzie stwierdzić, że nie musi być aż tak strasznie, że Kazimierz Marcinkiewicz jest świadom gospodarczych następstw pewnych propozycji. Nie wiadomo jednak cały czas, na ile jest on samodzielny w swoich poczynaniach. Nie mówię tu o codziennych telefonach do Jarosława Kaczyńskiego, ale o możliwości dyskusji nad poszczególnymi rozwiązaniami szkodliwymi dla gospodarki.

Premia za ryzyko rośnie

Reklama
Reklama

Jedno trzeba stwierdzić z całą pewnością - nie jest to układ wymarzony przez uczestników rynków finansowych. Tym samym wymagana premia za ryzyko posiadania polskich aktywów będzie prawdopodobnie większa, niżby to miało miejsce przy współrządzeniu PO. Propozycje zmian w podatku dochodowym od osób fizycznych mogą nie wystarczyć. Zresztą, już teraz mówi się o możliwości wprowadzenia, forsowanej przez Samoobronę, propozycji trzeciej stawki - 50% dla osób o najwyższych dochodach. Ruchy o zacięciu populistyczno-socjalnym z pewnością nie pomogą w odzyskaniu zaufania u inwestorów, a przecież na tym zaufaniu powinno rządowi zależeć. Większa premia za ryzyko, to większe koszty obsługi długu, a tym samym mniejsza pula na pozostałe wydatki, jakie by one nie były.

Perspektywa gospodarcza nie jest zachęcająca i sprzyja wątpliwościom. Spadek cen akcji w takiej sytuacji byłby usprawiedliwiony. Tymczasem na naszym rynku wykreślona została konsolidacja. Czy oznacza to, że rynek się nie boi? Myślę, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Rynek został w pewnym sensie zaskoczony. Na początku przez długi czas mówiło się o koalicji PO-PiS. To był jeden z czynników wzrostu cen. Liczono, że PO coś zmieni. Potem okazało się, że może to być koalicja PiS-PO. Rozmowy trwały, ale cały czas gdzieś na końcu oczekiwano porozumienia. Chyba większość, mimo wszystko, liczyła na zdrowy rozsądek, że populistyczne hasła PiS z wyborów zostaną nieco przycięte do realiów. Myślę, że niewiele osób poważnie brało pod uwagę powstanie koalicji, jaką mamy teraz. W tydzień wszystko przewróciło się do góry nogami. Wygląda na to, że gdy cały kraj, przyglądając się letnim sondażom, liczył głosy przyszłej koalicji PO-PiS, Jarosław Kaczyński liczył także głosy koalicji PiS-Samoobrona-LPR-PSL. Nasze szczęście, że nie mówił tego głośno, bo rynki prawdopodobnie zareagowałyby zupełnie inaczej na wynik wyborów.

Dobra mina do złej gry

Tak czy inaczej, wygląda na to, że spora grupa inwestorów obudziła się z ręką w nocniku. Można stwierdzić, że znaczna ich część to inwestorzy zagraniczni, którzy mają aktywa w otoczeniu, które nie jest już tak sprzyjające. Pozostaje im rozpocząć plan ewakuacji. W takich sytuacjach panika nie jest dobrym rozwiązaniem. Tym bardziej, że najbliższe miesiące nie muszą oznaczać katastrofy. Budżet jest już opracowany i nowa ekipa może w nim niewiele zmienić. Tym samym ramy finansowe działalności na przyszły rok pozostają w miarę znane. Zyskuje się tym samym czas na spokojne zredukowanie pozycji. Myślę, że właśnie ten spokój i przeświadczenie, iż na wyjście z rynku będzie czas, sprawiło, że nie mamy nerwowych ruchów na rynku akcji.

Pozostaje się zastanowić, co oznacza ta mała konsolidacja? Czy to tylko korekta październikowego spadku cen, czy też powrót do trendu wzrostowego, gdzie październikowy spadek był tylko korektą. Mając na uwadze ostatnie wydarzenia w sferze polityki, można odnieść wrażenie, że scenariusz spadkowy ma znacznie więcej argumentów "za". Kto będzie kupował papiery, gdy szykuje się nam rząd populistyczno-roszczeniowy? Faktycznie, perspektywa nie jest zbyt dobra, ale tu argumentem pozostaje istnienie wspomnianego okresu ochronnego.

Strachu nie widać

Reklama
Reklama

Sygnały płynące z rynku nie są jednak tak jednoznacznie negatywne. Nie chodzi już nawet o sam fakt konsolidacji, ale także o zachowanie się innych zmiennych, opisujących stan walki popytu z podażą. Na szczególną uwagę zasługuje liczba otwartych kontraktów, bo tu może być najciekawsza wskazówka. Przyjrzyjmy się jej zachowaniu w czasie wzrostu cen sprzed dwóch tygodni. Okazuje się, że mieliśmy wzrost LOP razem z podnoszącym się poziomem notowań. Tym samym trudno uznać, żeby ta zwyżka była tylko korektą. Tak, czasem po sporym spadku cen mamy do czynienia z dynamicznym wzrostem cen, który później okazuje się jedynie korektą. Warto jednak pamiętać, że zwykle w czasie tego wzrostu mamy równie dynamiczny spadek LOP, co wynika z faktu, że zwyżka była jedynie efektem zamykania krótkich pozycji.

W naszym wypadku LOP rosła, a zatem wzrost był wynikiem pojawienia się na rynku nowego kapitału, a nie tylko strachu niedźwiedzi. Ten wzrost LOP w czasie zwyżki cen jest argumentem za oczekiwaniem na dalszy ruch w górę. Dlaczego więc ceny nie rosną? Niedźwiedziom wpadło w ręce kilka dobrych argumentów za spadkami i skwapliwie z tego korzystają. Tym bardziej, że zwyżka sprzed dwóch tygodni zaprowadziła ceny do poziomu zniesienia 61,8% poprzedniego spadku, a więc (zapominając o LOP) nadal uznawana jest za korektę.

Liczę na wzrost cen

Moje zdanie jest odmienne. Nadal twierdzę, że to właśnie październikowy spadek cen był jedynie korektą wzrostu. Świadczy o tym choćby jego skala, która przecież nie była znacząca w porównaniu z poprzednimi wzrostami cen. Dwie czarne świece na wykresie tygodniowym, moim zdaniem, nie są wystarczającym powodem, by przekreślać dorobek byków. Tym samym nadal obowiązującym pozostaje nastawienie bycze.

Myślę, że właśnie ścieranie się tych dwóch wniosków prowadzi do wahań cen w dość wąskim przedziale. W efekcie mamy konsolidację. Nie jest to na pewno okres spokoju. Wewnętrznie rynek się napina, by w końcu wystrzelić poza obszar konsolidacji. Zauważmy, że cały czas rośnie LOP. Tym samym, rośnie polaryzacja oczekiwań i zaangażowanego kapitału. Jak zwykle w takich wypadkach, jak już dojdzie do wybicia, można spodziewać się dynamicznego ruchu, który będzie wynikał także z zamykania stratnych pozycji.

Reklama
Reklama

Płytka korekta i ujemna baza wskazówką dla byków

Jak zwykle w konsolidacjach, niewiadomym pozostaje kierunek wybicia. Każdy ma swoje przesłanki, ale nie ma tu wskazówek rozstrzygających. W sumie nie powinno to dziwić, bo inaczej nie dochodziłoby do konsolidacji. Mimo tych ograniczeń, skłaniam się ku tezie, że wybicie nastąpi górą. Przekonują mnie do tego przynajmniej dwa czynniki. Pierwszym jest wcześniejszy wzrost cen, który kreślenie konsolidacji poprzedzał. Skoro po takim dynamicznym wzroście rynek kreśli konsolidację, a nie spada, można tu mówić raczej o jego sile, a samą konsolidację brać za rodzaj formacji flagi.

Drugim czynnikiem, nie mniej ważnym, jest stan rynkowych nastrojów. Tu notuje się ujemną bazę. Właściwie można by się było przyzwyczaić, gdyby nie przeświadczenie, że to jest ułomność naszego rynku. Ujemna baza to wskazówka, że na rynku terminowym panują raczej ponure nastroje, czemu właściwie nie można się dziwić, zważywszy na okoliczności. Rynek rządzi się jednak swoimi prawami i wcale nie musi zachowywać się racjonalnie. Ten widoczny pesymizm wskazuje, że potencjał spadku jest ograniczony. Rynek ma tendencję do wykonywania większych ruchów w kierunku, który nie był spodziewany. Skoro tak, to większy potencjał na sukces ma scenariusz wzrostowy. Nie zapominajmy także, że mamy za sobą formację podwójnego dna. Na razie nie doszło nawet do testu poziomu wybicia.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama