Utrzymująca się przez dwa tygodnie tendencja spadkowa na rynku naftowym doprowadziła ceny ropy do najniższego poziomu od około czterech miesięcy. Niektórzy eksperci nie wykluczali nawet, że mogą one spaść do 50 USD za baryłkę.
Zniżce notowań sprzyjała rosnąca podaż tego surowca, a także jego przetworów. Na rynku amerykańskim zwiększony import zrównoważył spadek wydobycia oraz ograniczenie dostaw przez rafinerie po niedawnych huraganach nad Zatoką Meksykańską. O wzroście zapasów donoszono też z Europy i Azji, gdzie dodatkowo przyczyniły się do niego - tak jak w USA - wyższe niż zwykle temperatury zmniejszające popyt na olej opałowy. Według Merrill Lynch, europejskie rezerwy tego paliwa są o 6% większe niż rok temu.
Spadek notowań był też w pewnej mierze reakcją na obniżenie przed tygodniem przez Międzynarodową Agencję Energetyczną przyszłorocznej prognozy światowego zużycia ropy. Ma ono wynieść 85,01 mln baryłek dziennie, tj. o 140 tys. baryłek mniej, niż przewidywano miesiąc wcześniej.
Sytuację na rynku zmienił wczorajszy raport Departamentu Energetyki, który wykazał niespodziewany spadek w zeszłym tygodniu amerykańskich rezerw ropy, które tydzień wcześniej były już o 11% większe od średniej z minionych pięciu lat. W efekcie notowania zaczęły znów rosnąć.
W Londynie za baryłkę gatunku Brent z dostawą w styczniu płacono wczoraj po południu 55,50 USD w porównaniu z 54,05 USD w końcu sesji wtorkowej i 56,88 USD w poprzednią środę.