Prawie pięć milionów francuskich inwestorów na pewno liczyło na powtórkę z prywatyzacji Gaz de France. Gdy gazowy koncern wchodził w lipcu na giełdę, kurs skoczył w pierwszym dniu o 23%.
Tym razem przebitka okazała się symboliczna. Drobni gracze otrzymali akcje EdF po 32 euro za jedną. Na otwarciu notowań, na giełdzie w Paryżu płacono za nie zaledwie kilka eurocentów więcej. Na koniec dnia kurs wyniósł 32 euro, czyli ewentualny zarobek spadł do zera.
To oznacza, że stracili inwestorzy instytucjonalni, dla których cena emisyjna była o 1 euro wyższa. Wielu z nich już przed debiutem francuskiego giganta wskazywało, że rząd wycenił spółkę zbyt wysoko. - W przypadku Gaz de France władze nie przewidziały ogromnego apetytu rynku, więc teraz dokonano wyceny jak najwyższej, możliwej do zaakceptowania - stwierdził Hendrik Van Brevoort, zarządzający z londyńskiego Putnam Investment. Możliwe jednak, że akcje z czasem zdrożeją. Firma wejdzie do wskaźnika CAC-40, więc papiery będą musiały dokupić fundusze inwestycyjne, odzwierciedlające skład najważniejszego francuskiego indeksu.
Z powodu słabego popytu ze strony instytucji (suma zapisów tylko pięciokrotnie przewyższyła podaż - w przypadku Gaz de France nadsubskrypcja była
30-krotna), rząd podniósł odsetek akcji przeznaczonych dla drobnych graczy z 50% do 69% sprzedawanej puli. W wolnym obrocie znalazła się niespełna jedna czwarta akcji EdF. Rząd w Paryżu zachował 86-proc. pakiet.