Pod młotek pójdą niekluczowe dla działalności rosyjskie i zagraniczne aktywa za około 10 mld USD - zapowiedział w czasie wizyty w Nowym Jorku dyrektor generalny Jukosu Steven Theede. Dzięki temu koncern będzie w stanie spłacić pozostałe 7,5 mld USD zaległości podatkowych i 1,3 mld USD kredytu wobec zachodnich banków.
Nie podano, których aktywów Jukos chce się pozbyć. Wśród nich są zapewne udziały w litewskiej rafinerii Możejki, o której kupno ubiega się PKN Orlen.
Radykalne kroki mają przywrócić Jukosowi stabilność i pozwolić na normalne funkcjonowanie. Jak szacuje Theede, koncern zostanie z polami naftowymi i rafineriami wartymi 10-13 mld USD. Co prawda, nie będzie już wśród rozgrywających na rosyjskim rynku (jeszcze dwa lata temu Jukos przodował pod względem wydobycia ropy), ale nie będzie też karzełkiem. Z rafinerii Jukosu pochodzi teraz jedna piąta benzyny wlewanej do rosyjskich aut. Koncern wciąż zatrudnia ponad 60 tys. ludzi.
- Ludzie spisali Jukos na straty rok temu, gdy stracił swojego patriarchę (chodzi o posłanego za kratki właściciela i dawnego prezesa Michaiła Chodorkowskiego - red.), odebrano mu najcenniejsze aktywa, zamrożono konta bankowe i musiał zmagać się z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości. Ale prawda jest taka, że koncern przechodzi gruntowną restrukturyzację - stwierdził Theede, cytowany na stronach internetowych "Financial Times".
Największym zagrożeniem dla przyszłości Jukosu są teraz roszczenia zgłaszane przez państwowy Rosnieft. Przejął on zlicytowany za długi podatkowe Jugańsknieftiegaz - największe zakłady wydobywcze Jukosu - i teraz domaga się od dawnego właściciela spłaty zobowiązań ciążących na przejętej spółce. W grę wchodzi nawet 12 mld USD.