Rząd brytyjski, który kieruje pracami UE w tym półroczu, zaprezentował wczoraj oficjalną propozycję budżetowego kompromisu. Zakłada zmniejszenie wydatków Unii w latach 2007-2013 do niespełna 846,8 mld euro (1,03% unijnego PKB), wobec 870 mld euro (1,06% PKB), projektowanych pół roku temu przez prezydencję luksemburską.
Nie zasługujemy
na tak wiele?
Największe cięcia mają dotknąć nowe członkowskie kraje - w porównaniu z poprzednim projektem oferowana im pomoc ma się zmniejszyć o około 14 mld euro (8,5%). - Widzimy, że państwa te mają problem z pełnym wykorzystaniem funduszy unijnych - tłumaczył Jack Straw, brytyjski minister spraw zagranicznych. Dla Polski, która z racji swojej wielkości w największym stopniu korzysta z pomocy UE, oznacza to stratę nawet 6,1 mld euro. Ostatecznie mamy otrzymać 56 mld euro. W zamian prezydencja oferuje do 2010 r. prostsze zasady wydatkowania środków UE (przedłużenie terminu na wykorzystanie funduszy strukturalnych i spójności, zgoda na finansowanie mieszkalnictwa z pieniędzy unijnych i inne rozliczenia VAT przy unijnych inwestycjach).
Londyn zgodził się w końcu na zmniejszenie rabatu w brytyjskiej składce do unijnego budżetu (łącznie do 2013 r. o ponad 8 mld euro). Oszczędności umożliwią finansowanie dalszego rozszerzenia UE o Bułgarię i Rumunię. Wyraźnie jednak widać, że rząd z Downing Street nie ma ochoty na dalszą redukcję wywalczonej w 1984 r. zniżki. - Uważamy, że każdy kraj powinien partycypować w kosztach rozszerzenia proporcjonalnie do wpływów, jakie otrzymuje z Brukseli - wyjaśniał J. Straw.