Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy po wczorajszej sesji, jest bardzo słaba aktywność inwestorów. Jeśli obrót na najbardziej "handlowanej" spółce ledwo przekracza 60 milionów złotych, to trudno o inny wniosek niż ten, że duzi gracze, a zwłaszcza ci reprezentujący kapitał zagraniczny, pozostawili nasz rynek samemu sobie. Stąd zapewne wynika niepewność wyrażająca się dość gwałtownymi zmianami indeksów w trakcie notowań wtorkowych, a także wczorajszych. Z jednej strony, rynek otrzymuje informacje o obniżeniu długoterminowego ratingu dla Węgier, co może przełożyć się na nastawienie kapitału do całego regionu, pojawiają się niekorzystne dla nas propozycje unijnego budżetu oraz rośnie zaniepokojenie wewnętrzną sytuacją polityczną, z drugiej zaś strony, zbliża się koniec roku, czyli specyficzny okres, w którym spadki właściwie nikomu nie są na rękę.

Tej chwiejności nastrojów nie widać na rynku walutowym, choć tam akurat nie bardzo wiadomo, czy przyczyną takiego stanu rzeczy są mocne fundamenty gospodarki, czy działalność MF, wymieniającego na złote środki z zagranicznych emisji obligacji skarbowych. Przed sesją pewne obawy wzbudzała planowana sejmowa debata dotycząca projektu budżetu na 2006 rok, a zwłaszcza postawa miotających się i chyba przestraszonych ostatnimi sondażami posłów LPR i Samoobrony. Na rynek nie miało to jednak wpływu.

Oczekiwanie na impuls, który wyrwie rynek z marazmu, trwało aż do końca sesji, kiedy męczący trend boczny został przerwany gwałtownym ruchem do góry, a WIG20 znalazł się w okolicach swoich historycznych szczytów. Niestety, niskie obroty sprawiły, że cały rynek mógł ruszyć w dowolnym kierunku, w dowolnym czasie i pod dowolnym pretekstem, zatem każda prognoza była obarczona (i jest) dużym błędem. Wydaje się jednak, że końcówka roku przemawia do wyobraźni silniej niż obawy o charakterze fundamentalnym.

Zwróć uwagę:

MNI - wydaje się, że to ciągle nie jest zły pomysł...