Reklama

Pół żartem, pół serio

Wszystkie ostatnie rządy i koalicje były tak uparte w dążeniu do połowicznych sukcesów, że trwały tylko mniej więcej przez pół kadencji

Publikacja: 08.12.2005 07:49

Odkąd obserwuję życie polityczne w naszym kraju, mam coraz większe przekonanie, że nasi politycy uwielbiają połowiczne sukcesy. Że chodzi im nie o to, aby zrobić coś od początku do końca, tylko dojechać mniej więcej do środka, a potem wrócić do domu w poczuciu dobrze (czytaj: połowicznie) spełnionego obowiązku.

Doskonałym przykładem takiej postawy jest premier Kazimierz Marcinkiewicz. Ot, choćby obiecywał solennie obniżki podatków. Trochę czasu minęło i już widać, że jest sukces, ale połowiczny - z obniżek podatków zostały podatki. Od przyszłego roku wszyscy zapłacimy więcej, bo nie będzie wielu ulg, bo rośnie stawka efektywna VAT. Obniżek żadnych nie było, bo nawet redukcji akcyzy dokonał rząd Marka Belki, a gabinet Marcinkiewicza mężnie wypiął pierś, spiął się w sobie i... nic nie zmienił.

Podobnym, niedorobionym sukcesem jest słynna polityka prorodzinna. Jeszcze przed wyborami PiS epatował wszystkich wykresami, na których tzw. wskaźnik dzietności leciał na łeb, na szyję, a po wyborach okazało się, że te wykresy dotyczą tylko mniej więcej połowy społeczeństwa. Tej, którą można kupić za dodatkowe 400-500 zł. Reszta w sprawie przyrostu naturalnego musi sobie radzić sama. Poradzi sobie, oczywiście, tak jak robiła do tej pory, ale - jak wszystko inne - wychodzi to raz lepiej, raz gorzej. A wystarczy się rozejrzeć dokoła, żeby zauważyć, że dzietność spada nam dramatycznie właśnie dlatego, bo ta grupa w tej dziedzinie radzi sobie gorzej. Choćby dlatego, że dziecko w większości przypadków oznacza spadek dochodów w rodzinie, nawet wielomiesięczny, a państwo zawsze pomaga bardziej potrzebującym (ostatnio to głównie górnicy i rolnicy).

Jak znam życie, to politykom uda się odnieść sukces w tej dziedzinie i połowa społeczeństwa popracuje owocnie nad przyrostem naturalnym. Ta mniej zamożna, dzięki czemu za jakiś czas kolejny premier będzie się chwalił wielkim sukcesem, polegającym na przekazaniu 0,5 (czytaj: PÓŁ) miliarda złotych na dożywianie dzieci. No, ale i będzie więcej wyborców, których można kupić tanim kosztem.

Takich połowicznych sukcesów, mimo krótkiego stażu, nowy rząd ma więcej. Ot, choćby ograniczanie deficytu, który miał wynieść 30 mld zł, a wynosi 30 i PÓŁ miliarda złotych. Już pomijam fakt, że dla ograniczenia deficytu budżetowego o 2 mld zł trzeba było zwiększyć i dochody, i wydatki budżetu. Ale to też jest efekt dążenia do połowicznych sukcesów - niby jest lepiej, bo deficyt mniejszy, ale państwa w gospodarce przybywa. Chyba nawet powinienem się cieszyć, że premier i jego wierna minister finansów nie poszli na całość i nie zlikwidowali deficytu budżetowego poprzez podwyżkę podatków o POŁOWĘ.

Reklama
Reklama

Żeby była pełna jasność - tej skłonności do porzucania roboty w połowie nie wymyślił Kazimierz Marcinkiewicz i jego koledzy z PiS czy rządu. To jest - jak już mówiłem - generalny zwyczaj polskich polityków. Ma to złe strony, ale ma też i dobrą. Mianowicie - konsekwencję. Wszystkie ostatnie rządy i koalicje były tak uparte w dążeniu do połowicznych sukcesów, że trwały tylko mniej więcej przez pół kadencji.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama