Wczorajsza gwałtowna zmiana trendu na rynku walutowym - wybicie z konsolidacji w kierunku przeciwnym do głównej tendencji, co zapowiada umocnienie euro - nie spowodowała większych reakcji na rynkach akcji. Owszem, giełdy europejskie zakończyły poniedziałkową sesję istotnie poniżej dziennych maksimów, ale jednak na plusach. Inwestorzy mają prawo czuć się zdezorientowani - wydawało się, że trend wzrostowy dolara jest niezagrożony. Osłabiające się euro to czynnik, który generalnie sprzyja zyskom nastawionych na eksport europejskich przedsiębiorstw, a tym samym kursom giełdowym. Po wczorajszym gwałtownym skoku notowań euro do najwyższego od czterech tygodni poziomu pojawiają się wątpliwości, czy to tylko lokalna korekty, czy też poważniejsza zmiana trendu, która niekorzystnie odbije się na zyskach spółek ze Starego Kontynentu.
Początek wczorajszej sesji na rynkach za Atlantykiem wskazuje na kontynuację krótkoterminowego trendu bocznego. Wykres S&P 500 oddalił się bowiem od wsparcia na 1245 pkt, którego przełamanie zaostrzyłoby spadkową korektę. Niewiele sugerowało też atak na opór w okolicach 1270 pkt - wybicie ponad tę wartość byłoby sygnałem powrotu do trendu wzrostowego.
Osłabianie dolara, wynikające z wątpliwości, czy amerykańskie władze monetarne będę kontynuować serię podwyżek stóp procentowych, powinno być korzystne dla rynków wschodzących. W ten sam sposób rozumowało zapewne wielu inwestorów i przez emerging markets przetoczyła się fala zakupów. Nowe maksima ustanowiły m.in. indeksy w Moskwie, Meksyku i Korei Południowej. Węgierski BUX, który w piątek przełamał dolne ramię budowanego od półtora miesiąca trójkąta, zyskał ponad 2%. W tym wypadku oddala to tylko widmo kontynuacji spadkowej korekty. W tej sytuacji wczorajszą zwyżkę na warszawskiej giełdzie można określić jako skromną. Obroty w okolicach 500 mln zł na spółkach z WIG20 i niewielkie zmiany cen największych spółek odczytują jako brak zainteresowania polskim rynkiem akcji ze strony inwestorów zagranicznych.