ConocoPhillips zapłaci 90,69 USD za każdą akcję Burlington, co jest ceną o 9,9% wyższą od wartości poniedziałkowego zamknięcia oraz o 19% większą w stosunku do wartości akcji z minionego piątku, gdy jeszcze nie było przecieków na temat przygotowywanej fuzji. Akcjonariusze Burlington otrzymają za każdą akcję 46,5 USD w gotówce oraz 0,714 akcji ConocoPhillips. Będą kontrolować 17% nowej spółki. Fuzja nie będzie tania dla koncernu ConocoPhillips, który będzie musiał zadłużyć się na 18 mld USD, aby sfinansować przejęcie. Połowa kredytów powinna zostać spłacona w ciągu najbliższych trzech lat. Sama fuzja ma być sfinalizowana w pierwszym półroczu przyszłego roku. Obecny dyrektor Burlington Bobby S. Shackouls ma wówczas przejść na emeryturę i wejść w skład rady nadzorczej ConocoPhillips.

Według Jamesa Mulvy?ego, prezesa i dyrektora generalnego ConocoPhillips, produkcja Burlington powinna rosnąć o więcej niż 3% rocznie. Poza tym Burlington eksploatuje złoża przede wszystkim w Ameryce Północnej (80% aktywów spółki), co powinno zrównoważyć ryzyko związane z operacjami ConocoPhillips w takich krajach, jak Rosja czy Wenezuela.

Przychody nowego ConocoPhillips zbliżą ten koncern pod względem wartości do drugiego koncernu naftowego na świecie - Chevron. Już po ogłoszeniu pierwszych przecieków o fuzji, akcje innych spółek gazowych na Wall Street poszybowały w górę, bo inwestorzy zaczęli spekulować na temat możliwości innych przejęć w sektorze. Według analityków, fuzja ConocoPhillips-Burlington jest przejawem zmiany nastawienia w strategii koncernów naftowych do rynku gazu. Koncerny spodziewają się, że wysokie ceny energii utrzymają się przez dłuższy czas, więc producenci gazu ziemnego mogą stanowić łakomy kąsek dla korporacyjnych przejęć.

Nowy Jork