Znaczący spadek zmienności i obrotów cechuje notowania na GPW pod koniec roku. Piątą kolejną sesję obroty akcjami WIG20 nie przekraczają 500 mln zł. Inwestorzy zagraniczni znacznie ograniczyli aktywność na GPW - zdają sobie sprawę, że trudno będzie utrzymać zwyżkę na rynku surowców (miedź i ropa), która razem z połączeniem banku BPH z Pekao była głównym czynnikiem wspierającym zwyżkę na warszawskiej giełdzie w tym roku. Z drugiej strony drożejący złoty sprawia, że ryzyko związane z utrzymywaniem lokat na giełdzie jest niższe niż zwykle, zatem zagraniczni gracze nie znajdują powodu do wyprzedaży polskich aktywów. Krajowe instytucje również raczej nie stoją po stronie podaży - do TFI wciąż płyną szerokim strumieniem środki, w lekkim trendzie wzrostowym znajduje się również udział akcji w portfelach OFE. Stąd mamy konsolidację WIG20 na poziomie październikowego maksimum. Zwróciłbym uwagę, że trend na warszawskiej giełdzie jest w pełni kompatybilny z wydarzeniami za Atlantykiem. W konsolidacji tuż poniżej 52-tygodniowego maksimum znajduje się S&P 500, między 4,4 i 4,65% krąży rentowność tamtejszych 10-letnich obligacji. Jak długo może utrzymać się taki marazm? Ostatnio zmienność rynku układa się mniej więcej w półroczne cykle. W bieżącym dołek wypada dopiero na początku lutego, co każe uzbroić się inwestorom w cierpliwość. Nie znaczy to, że do tego czasu WIG20 będzie się utrzymywał w tak wąskiej konsolidacji. Obserwacja dotycząca zmienności ma jeszcze jedną implikację - jeśli założymy, że szczyty kształtowane są w okresach podwyższonej wahliwości rynku, to w najbliższych miesiącach hossa się nie zakończy.

Z tego nie wynika jednak, że rok zakończy się jakąś efektowną akcją popytu. Zwróciłbym uwagę ma zagrożenie wynikające z wykresu niemieckiego DAX, dla którego 5350 pkt jest istotnym poziomem oporu. Znaczenie tej wartości wzrosło po tym w poniedziałek, euro umocniło się gwałtownie do dolara, co zgasiło w zarodku próbę wybicia - właśnie na niemieckim rynku akcji - z formacji flagi w górę.