Ostatnie sesje powinny już wszystkich przekonać, że nie można teraz prognozować zachowania rynku z sesji na sesję. Grudzień na giełdach jest dość specyficznym miesiącem i rządzi się swoimi prawami. Wystarczy przypomnieć, że w czwartek z rana robiliśmy nowe szczyty hossy, by potem zakończyć notowania kontraktów aż 25-pkt. spadkiem wobec środowego zamknięcia. Piątek był kolejnym dniem giełdowego chaosu. Większość sesji spędziliśmy w konsolidacji przy znikomej aktywności dużych graczy. Wprawdzie wartość obrotów na koniec sesji zupełnie tego nie oddaje, ale to nic innego jak umówione ogromne transakcje na największych spółkach. Typowe przemeblowania w portfelach przed końcem roku. Faktycznie jednak aktywność funduszy była znikoma, podobnie jak na wielu grudniowych sesjach.

To była tylko cisza przed burzą ostatniej godziny. Spekulacyjny wyskok indeksu o 25 pkt. w ciągu minuty raz jeszcze udowodnił, że GPW nie jest jeszcze rozwiniętym rynkiem. Gdyby była, to takie zagrywki nie mogłyby mieć miejsca. A o co w tym wszystkim chodzi? Jak zwykle - o pieniądze. I to całkiem spore, bo liczba otwartych pozycji w wygasających grudniowych kontraktach na WIG20 w momencie rozpoczęcia tego "koszykowego" sztucznego wzrostu wynosiła ponad 15 tys. Pomnóżmy to przez 10 zł i przez wzrost 20 pkt., a jasnym się stanie, jak dużą motywację miało kilku największych graczy zaangażowanych w długie pozycje. Zresztą, czy takie sterowanie rynkiem kogoś dziwi? Przecież cały czas zachodnie fundusze "ustawiają" indeksy rynków wschodzących, tyle tylko że proces ten jest zdecydowanie bardziej rozłożony w czasie. Czemu niedźwiedzie w tym wzroście nie przeszkodziły? Bo mamy grudzień i po stronie podaży duże instytucje stawać nie będą. Nawet przy takim manipulowaniu rynkiem.