Europa da się lubić. W każdym razie tak mówią w telewizorze. W sumie racja, bo jak tu nie lubić sympatycznego "Sztefena"? Albo dzielnego strażaka Kevina? A paradującego w kiczowatych strojach Włocha?
Ale zaraz, zaraz... Przecież od kilku dni media i politycy przypominają, że Europa to także Tony Blair. Postrach biedaków z kraju znad Wisły. Nie zdziwiłbym się, gdyby - na wieść, że Blair chciał nam zabrać to, czego jeszcze nawet nie dał - załamane pazernością polskie emerytki zaczęły modlić się, by się gdzieś przynajmniej potknął. A tymczasem przecież to ten sam facet, którego jeszcze nie tak dawno - w mediach, ale za sprawą polityków - najpierw kreowano na najbliższego kumpla Polaków (oczywiście, poza kapryśnym i zapominalskim wujkiem z Waszyngtonu).
Przypomnijcie sobie bowiem Państwo czas, gdy wojna w Iraku nie wyglądała tak beznadziejnie jak teraz. Chętnie przypominano wtedy, że Polacy razem z Brytyjczykami pomagają Amerykanom w realizacji planu siłowego "zdemokratyzowania" Iraku. Fakt, że "nasi" i "ich" są tam sojusznikami sprawdzanymi w boju, a kluczowi politycy rządzący mówili niemal to samo, co ci z Londynu, był interpretowany jako sygnał zbliżenia Polski i Wielkiej Brytanii. Tak było miło, a tu taki numer...
Tony Blair nagle mówi, że nie da. Na dodatek publikę wkurza ambasador i Polskę zalewa fala histerii. Wszyscy są albo przejęci, albo zbulwersowani. Cały kraj jakby zapomniał, że w polityce miłości nie ma (poza głośno dyskutowaną właśnie miłością płatną). O tym, jaką wartość mają naiwne wyobrażenia o altruistycznym braterstwie narodów, świadczy fakt, że - w momencie, gdy Blair wykonał gest Kozakiewicza - naszym wielkim kumplem okazał się prezydent Francji. Elegancki starszy pan, który nie tak dawno publicznie kazał nam siedzieć cicho. Z Polską zgodził się także nasz inny skryty sojusznik - Niemcy - który właśnie wyciął nam numer z rurą. Można się pogubić, nieprawdaż?
Unia Europejska to biznes. A w biznesie nie ma sentymentów. Pewnie, że - z racji historycznych i strategicznych - powinno być trochę inaczej. Ale nie jest i nie będzie. W kontekście krwawej historii naszego kontynentu powoływanie się na zasadę "solidarności" między narodami wydaje się wołaniem na puszczy. Z drugiej jednak strony pokazuje to, jak w sumie gigantycznym osiągnięciem jest w ogóle powstanie UE, nie mówiąc już nawet o strefie euro.