Reklama

To tylko biznes

W kontekście krwawej historii naszego kontynentu powoływanie się na zasadę "solidarności" między narodami wydaje się wołaniem na puszczy

Publikacja: 17.12.2005 07:55

Europa da się lubić. W każdym razie tak mówią w telewizorze. W sumie racja, bo jak tu nie lubić sympatycznego "Sztefena"? Albo dzielnego strażaka Kevina? A paradującego w kiczowatych strojach Włocha?

Ale zaraz, zaraz... Przecież od kilku dni media i politycy przypominają, że Europa to także Tony Blair. Postrach biedaków z kraju znad Wisły. Nie zdziwiłbym się, gdyby - na wieść, że Blair chciał nam zabrać to, czego jeszcze nawet nie dał - załamane pazernością polskie emerytki zaczęły modlić się, by się gdzieś przynajmniej potknął. A tymczasem przecież to ten sam facet, którego jeszcze nie tak dawno - w mediach, ale za sprawą polityków - najpierw kreowano na najbliższego kumpla Polaków (oczywiście, poza kapryśnym i zapominalskim wujkiem z Waszyngtonu).

Przypomnijcie sobie bowiem Państwo czas, gdy wojna w Iraku nie wyglądała tak beznadziejnie jak teraz. Chętnie przypominano wtedy, że Polacy razem z Brytyjczykami pomagają Amerykanom w realizacji planu siłowego "zdemokratyzowania" Iraku. Fakt, że "nasi" i "ich" są tam sojusznikami sprawdzanymi w boju, a kluczowi politycy rządzący mówili niemal to samo, co ci z Londynu, był interpretowany jako sygnał zbliżenia Polski i Wielkiej Brytanii. Tak było miło, a tu taki numer...

Tony Blair nagle mówi, że nie da. Na dodatek publikę wkurza ambasador i Polskę zalewa fala histerii. Wszyscy są albo przejęci, albo zbulwersowani. Cały kraj jakby zapomniał, że w polityce miłości nie ma (poza głośno dyskutowaną właśnie miłością płatną). O tym, jaką wartość mają naiwne wyobrażenia o altruistycznym braterstwie narodów, świadczy fakt, że - w momencie, gdy Blair wykonał gest Kozakiewicza - naszym wielkim kumplem okazał się prezydent Francji. Elegancki starszy pan, który nie tak dawno publicznie kazał nam siedzieć cicho. Z Polską zgodził się także nasz inny skryty sojusznik - Niemcy - który właśnie wyciął nam numer z rurą. Można się pogubić, nieprawdaż?

Unia Europejska to biznes. A w biznesie nie ma sentymentów. Pewnie, że - z racji historycznych i strategicznych - powinno być trochę inaczej. Ale nie jest i nie będzie. W kontekście krwawej historii naszego kontynentu powoływanie się na zasadę "solidarności" między narodami wydaje się wołaniem na puszczy. Z drugiej jednak strony pokazuje to, jak w sumie gigantycznym osiągnięciem jest w ogóle powstanie UE, nie mówiąc już nawet o strefie euro.

Reklama
Reklama

Jasne, że kasy szkoda. Ale opieranie wszystkich nadziei na funduszach unijnych to ryzykowna gra. Poza tym Polska mogłaby zyskać zdecydowanie więcej na czym innym - na istotnym i długotrwałym ożywieniu gospodarczym w RFN, Francji, we Włoszech... Tak byśmy mieli komu sprzedawać nasze towary, usługi, prace. Dobra koniunktura i lepsze oczekiwania na przyszłość to przecież także zachęta do nowych inwestycji. Z relatywnie tanią siłą roboczą i sporym rynkiem wewnętrznym mamy naprawdę szansę na to, by kolejne firmy budowały u nas fabryki i zatrudniały ludzi. Aby tak się stało, bardzo potrzebna jest lepsza koniunktura. To zaś może być trudne lub niemożliwe bez reform strukturalnych w kluczowych krajach. Pech chce, że Francuzi i Niemcy, których przyszło nam teraz pokochać, na skorych do poważnych reform nie wyglądają. Natomiast zdecydowanie lepiej w tym kontekście wypadają Brytyjczycy, których - decyzją odgórną - chwilowo mamy "znielubić". Europo, witaj nam...

Pioneer Pekao

Investment Management

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama