Pomówmy o sukcesach i porażkach w mijającym roku.
Oczywistym sukcesem jest liczba debiutów, podobnie jak w 2004 roku. Ten rok był najlepszy w historii warszawskiej giełdy pod różnymi względami, np. poziomu indeksów czy obrotów. Byliśmy do tego bardzo dobrze przygotowani technicznie. Obroty są kilkakrotnie większe niż dwa lata temu. Ich udźwignięcie wymagało przygotowania. Nasza sprawność operacyjna wszystkim inwestorom wydaje się oczywista. Ale mogę zapewnić, że to nie jest takie oczywiste. Wymaga sporych nakładów i codziennej wysokiej staranności. Bardzo mnie cieszy - i to też jest sukces naszego rynku - że rosną obroty opcjami. Od sierpnia obserwujemy wzmożone zainteresowanie opcjami na indeks. W ślad za tym rozpoczęliśmy handel opcjami na akcje. Początek jest umiarkowany: ani mocny, ani słaby. Wydaje się jednak, że okres dojrzewania rynku do tego rodzaju instrumentów musi potrwać kilkanaście miesięcy.
Opcje to ostatni instrument, który czyni rynek zaawansowanym. Tego nam brakowało. Teraz w zasadzie mamy kompletną ofertę. W zasadzie, bo od dłuższego czasu liczę jeszcze na ETF-y (Exchange Trade Funds). Dotychczas jednak nie udało nam się skłonić żadnego z emitentów czy pośredników do wprowadzenia ich na naszą giełdę. Jest to w pewnym sensie porażka, bo czołowe giełdy mają ten instrument w ofercie. Widocznie w opinii globalnych emitentów nasz rynek jest ciągle za mały.
Zrobiliśmy również postęp, jeśli chodzi o ład korporacyjny. Przyjęliśmy w tym roku zmodyfikowany kodeks. Jestem bardzo zadowolony zarówno ze stopnia, w jakim emitenci go akceptują, jak i z dialogu, który w związku z tym trwa wokół zasad.
Pana zdaniem ład korporacyjny wpływa na wycenę spółek?