- Aktualnie nie mamy systemu komputerowego, który mógłby automatycznie odrzucać nieprawidłowe zlecenia, takie jak dotyczące akcji J-Com - przyznał wczoraj Mitsuo Miwa, rzecznik giełdy w Tokio. Do pomyłki doszło dwa tygodnie temu. Makler firmy Mizuho zlecił sprzedaż 610 tys. akcji firmy po jednym jenie, zamiast jednej za 610 tys. jenów. Chciał zlecenie anulować, ale system giełdy czterokrotnie mu odmówił.
Trzech pracowników giełdy, którzy monitorują obrót akcjami nowo notowanych spółek (do nich zaliczał się J-Com), dostało uprawnienia do zatrzymania handlu natychmiast, gdy tylko wychwycą jakąkolwiek nieprawidłowość. Miwa powiedział, że na razie procedura dotyczy walorów giełdowych debiutantów, lecz w przyszłości może zostać rozszerzona też na inne papiery. Będzie obowiązywać do czasu, aż system komputerowy zostanie zaktualizowany. - Prawidłowe składanie zleceń wciąż jednak jest obowiązkiem domów maklerskich - przypomniał rzecznik.
Po aferze, drugiej w ciągu kilku tygodni (przez pół jednej z sesji w ogóle nie można było handlować akcjami), prezydent giełdy Takuo Tsurushima podał się do dymisji.
Problemy tokijskiego parkietu - drugiego co do wielkości na świecie - oburzają inwestorów. - Giełda dała plamę. Nie doszacowała wzrostu wolumenu transakcji, szczególnie w handlu internetowym, i rosnącego udziału inwestorów zagranicznych. Zaufanie rynku zostało mocno nadszarpnięte - uważa Yoji Takeda, zarządzający japońskimi akcjami w RBC Investment Management w Hongkongu.
Bloomberg