Indeks największych spółek stracił na wczorajszej sesji 0,3% i niemal dokładnie taka odległość dzieli WIG20 od historycznego maksimum. Poniedziałkowy atak popytu na razie nie znajduje kontynuacji. Niewielka zmienność notowań i tylko umiarkowanie dobre nastroje chronią warszawską giełdę przed jakimś niespodziewanym załamaniem. Bardzo trudno podać jest w wątpliwość fakt, że w długim, średnim i krótkim terminie tendencja jest rosnąca. W zgadywanie, czy przed końcem roku kupujący zdecydują się na jakiś spektakularny atak, tym razem nie zamierzam się bawić. Na początku miesiąca napisałem, że wszystko jest już pozamiatane i opinia ta tylko częściowo okazała się prawdziwa. Owszem, większość notowań jest senna i niewiele ciekawego się na sesjach dzieje, jednak WIG20 znajduje się teraz prawie o 5% wyżej niż na zamknięcie listopada.

Choć nie sądzę, żebyśmy mieli w najbliższym czasie ukształtować jakiś istotny szczyt, to jednak dopuszczam scenariusz, zgodnie z którym na wykresie indeksu kształtuje się płaska, rozszerzona korekta. Wyjście ponad październikowy szczyt to w tym scenariuszu tylko pułapka. Poszlaką wskazującą na to, że właśnie tak mogą potoczyć się wydarzenia w najbliższym czasie, są bardzo wysokie obroty, które zanotowaliśmy na sesji 21 grudnia. Taka wartość wymiany sygnalizowała w ostatnich tygodniach lokalne wierzchołki. Pierwszym sygnałem, że opisywany scenariusz może się zrealizować, będzie przełamanie wzrostowej linii trendu obejmującej ostatnie cztery tygodnie notowań. Nie wiem, czy temu wsparciu nie należy przypisać nawet większego znaczenia niż wierzchołkowi z października, który zbudowany został przy niskich jak na ostatnie miesiące obrotach. Płaska korekta rozszerzona zakłada spadek poniżej minimum z 19 października, które znajduje się na 2293 pkt. Powtórzylibyśmy tym samym scenariusz z 2003 roku (w pewnym przybliżeniu, oczywiści), kiedy dwa głębokie spadki przedzielone zostały równie mocną korektą. Antyefekt stycznia po raz ostatni na naszej giełdzie zdarzył się w 1995 roku.