Po wielu miesiącach bardzo słabej dynamiki wynagrodzeń ostatni kwartał przyniósł wreszcie wyraźny wzrost płac w przedsiębiorstwach. Dotychczas jakiekolwiek większe zmiany w wynagrodzeniach wywoływały przynajmniej werbalną reakcję ze strony RPP, wskazującej na wszelkie związane z tym zagrożenia - od presji inflacyjnej po utratę konkurencyjności polskich firm. Przedstawiciele władz monetarnych nie zawiedli i tym razem. Kilku podkreśliło, że zmiany płac są teraz jednym z istotnych czynników, które należy brać pod uwagę. A prezes banku centralnego nawet zasugerował, że rosnące jednostkowe koszty pracy mogą stanowić inflacyjne zagrożenie.
Warto się zastanowić, czy utrwalenie wzrostu płac w sektorze przedsiębiorstw na poziomie około 6% w porównaniu z poprzednim rokiem jest rzeczywiście powodem do niepokoju.
Średni wzrost wynagrodzeń w ostatnich trzech latach wyniósł w Polsce około 3%. Na tym tle wzrost sześcioprocentowy może wyglądać co najmniej niepokojąco, ale tylko jeżeli zignoruje się zmiany, które zachodzą w wydajności pracy. Podwyżki płac mogą stanowić zagrożenie dla konkurencyjności przedsiębiorstw i grozić odbiciem inflacji, jeżeli są wyższe niż wzrost produktywności. Im wyższa wydajność, tym więcej przeciętny pracownik jest w stanie wytworzyć. Oznacza to, że przedsiębiorstwa mogą lepiej opłacać takich pracowników, nie ryzykując wzrostu kosztów produkcji i inflacji.
Z tego względu zmiany wynagrodzeń nie powinny być analizowane w oderwaniu od zmian zachodzących w wydajności. Biorąc to pod uwagę, zdziwienie może budzić fakt, iż niektórzy przedstawiciele RPP w swoich (jastrzębich) komentarzach wyjątkowo rzadko wspominają o zmianach wydajności. A szkoda, gdyż wyższej dynamice wynagrodzeń w październiku i listopadzie towarzyszył jeszcze szybszy wzrost produktywności, wynoszący około 7%. Z tego punktu widzenia zmiany na rynku pracy wcale nie wskazują na istnienie jakiegoś dramatycznego inflacyjnego zagrożenia.
Oczywiście, obserwowane tendencje całej gospodarki mogą być mniej korzystne niż trendy w przemyśle. Otóż faktycznie, według danych GUS płace w całej gospodarce w trzecim kwartale 2005 roku rosły szybciej niż wydajność pracy. Informacja ta mogłaby zjeżyć włosy na głowie niejednego decydenta dbającego o stabilność cen. Jedyną przeszkodą w tym "jeżeniu" jest fakt, że rozbieżność między wzrostem płac a wzrostem wydajności pracy wynosiła zaledwie 1,4 punktu procentowego. Oczywiście, można różnić się w ocenie rzeczywistości, ale trudno uznać to za wielkość skłaniającą do jakiegoś szczególnego niepokoju.