Prawdziwą euforią zakupów przywitali inwestorzy Nowy Rok. Pierwsze sesje 2006 r. są dla mnie co najmniej zaskoczeniem. Wprawdzie przyzwyczailiśmy się do mówienia o efekcie stycznia, ale skala wzrostu w ubiegłym tygodniu przeszła chyba najśmielsze oczekiwania byków. To był prawdziwy lock out dla pesymistów.
Co się stało na ostatniej sesji w starym roku, trudno wytłumaczyć. Wyglądało na to, że zarządzający funduszy pojechali na narty, a wiadomo, że jak "kota nie ma, to myszy harcują". Z całą pewnością ta sesja miała bardzo negatywną wymowę i trudno było marzyć o jakichkolwiek wzrostach na pierwszych styczniowych sesjach. O ile na poniedziałkowej sesji zwyżkę można było "przypisać" krajowym instytucjom, o tyle kolejne dwie sesje nie pozostawiły złudzeń, kto był motorem napędzającym wzrost kursów. Pojawienie się zagranicy odczuła nie tylko giełda, ale i rynek walutowy. Hossa na złotówce trwa i nic nie zapowiada jej końca. Pozostaje jednak mały niesmak ostatnich dni. Duże obroty, duże jednosesyjne wzrosty, to nie wskazuje raczej na "fundamentalną" zagranicę, a raczej na spekulacyjny, szybki pieniądz. Oni nie kupują akcji polskich firm, bo wierzą w fundamenty naszej gospodarki, ale dlatego, że powróciła moda na emerging markets. To niestety nie gwarantuje stabilnego ruchu w górę. Moda przeminie, fundusze "odpłyną".
Z trendem wprawdzie się nie dyskutuje, ale ta euforia mnie niepokoi. Jest to dość charakterystyczne dla końcówek trendów (baza na futures +40 pkt!). Problem w tym, że taki klimat beztroski, że w zasadzie musi tylko rosnąć (bo nie ma wyjścia), może trwać nawet kilka tygodni. Wszystko zależy od giełd zagranicznych, gdzie panuje hossa wszech czasów, a w zasadzie najistotniejsze będą notowania surowców, które pośrednio przyczyniły się do tak dobrej koniunktury na świecie.
Tak więc końca hossy szkoda szukać (zakończy się niespodziewanie), choć ryzyko spadku jest coraz większe. Gwałtowne korekty na tak "rozgrzanym" rynku to normalka, nie mniej jednak trudno przewidzieć zasięg ewentualnej zniżki, szczególnie gdy rynkiem rządzą emocje. Nie należy jednak zapominać, że hiperbole zazwyczaj kończą się boleśnie, dlatego ostrożnie z zakupami.