Nagle zagotowało się doo koła i wszystkie (no, prawie wszystkie) partie rzuciły się do dotowania matek. Sygnał dał PiS, ale wprowadził dopłaty tylko dla najmniej zamożnych. A że najmniej zamożni są i tak dotowani na lewo i prawo, inne partie dały po 1 tys. zł każdej nowej mamie.
Rozległ się szum medialny, że to wszystko próby szkodzenia budżetowi i rządzącej nam jaśnie partii, że każdy z ław opozycji sobie rzepkę skrobie, byle tylko obecny gabinet z posad wyrzucić. Nie ma sensu cytować oburzenia ekonomistów i różnych autorytetów medialnych. Tymczasem, drodzy Czytelnicy, prawda jest taka, że to kwestia ekonomii i posłowie działają w dobrze pojętym własnym interesie. Mało tego, także w interesie wielu czytelników PARKIETU.
Sprawa jest bardzo prosta. Mamy teraz 400 mld zł długu publicznego. Przez ostatnie pięć lat nasze rządy bardzo pracowały nad zadłużeniem - sama suma deficytów daje prawie 200 mld zł. Nowa władza planuje dorzucić kolejne 120 mld zł. W takim tempie za 10 lat będziemy mieli 700 mld, a za lat 20 - pewnie już bilion. A że - jak wiadomo - bywa różnie, może nadejść taki moment, że trzeba będzie to spłacić.
Teraz jest 13 mln pracujących. Ale jak tak dalej pójdzie, za te 20 lat będzie 10 mln zatrudnionych albo jeszcze mniej. Teraz każdy zatrudniony musiałby zapłacić ponad 30 tys., żeby spłacić dług publiczny. Nawet spłata odsetek - powiedzmy w wysokości 5% - byłaby znaczącym obciążeniem. To prawie 1,5 tys. zł rocznie. Ale za 20 lat na głowę będzie przypadać 100 tys. zł długu i (przy 5%) 5 tys. zł odsetek.
Wiadomo, że trzeba będzie więc szukać oszczędności - a najwięcej będzie można zrobić na emerytach. Posłowie doskonale wiedzą, jak myślą politycy. I zdają sobie sprawę, że przynajmniej na początku nikt nie będzie chciał redukcji emerytur najniższych. Ale na pewno pojawią się głosy oburzenia, że są tacy, co mają emerytury trzy czy cztery razy wyższe od średniej. A zaraz za nimi pójdą propozycje, żeby trochę to zredukować, no bo w końcu bogaci muszą być solidarni z ubogimi, nawet jeśli są emerytami. Więc ustali się limit, że emerytura nie może być większa od średniej o więcej niż 100%. Przy okazji obniży się średnią, więc budżet zarobi jeszcze więcej. Posłom obetnie się pewnie więcej, bo zaraz wszyscy powiedzą, że oni winni, więc trzeba ich rozliczyć. Mają więc świadomość, że jak nie będzie więcej Polaków, to oni w końcu sami będą musieli zacząć płacić długi, które tak ochoczo zaciągają. I dlatego tak bardzo zależy posłom na przyroście naturalnym. Zrozumiał to PiS, zrozumiały LPR i Samoobrona. Wreszcie zrozumiała także PO - to, że tak późno, świadczy o nich albo dobrze - że chcieli spłacać w przyszłości długi - albo źle - że dopiero teraz się wszystkiego doliczyli.