Z punktu widzenia analizy technicznej sytuacja najważniejszych amerykańskich indeksów wygląda więcej niż dobrze. Zanim S&P 500 wybił się w piątek górą z trwającej ponad miesiąc konsolidacji, spadł do poziomu średniej ruchomej z 50 sesji. Od marca 2004 roku średnia ta nie miała dla inwestorów praktycznie żadnego znaczenia - wykres indeksu przełamywał ją to w jedną, to w drugą stronę. Zatrzymanie spadkowej korekty na poziomie średniej sugeruje, że wracamy do schematu z 2003 i początku 2004 roku, kiedy w trakcie dwóch silnych fal wzrostowych średnia ta dobrze sprawdzała się jako wsparcie. Dodając do tego, że definitywnie przekroczone zostało 62-proc. zniesienie trendu spadkowego z lat 2000-2002, dochodzimy do bardzo optymistycznych wniosków. Oto S&P 500 ma otwartą drogę do szczytu z września 2000 roku, kiedy wartość indeksu przekraczała 1500 punktów. Otwarte pozostaje pytanie, czy rynek jest w stanie urosnąć od obecnego poziomu prawie o 20%, kiedy głównym paliwem dla zwyżki pozostaje zatrzymanie serii podwyżek stóp procentowych? Inwestorzy mogą odebrać to jako pośredni sygnał słabnięcia gospodarki, potwierdzany przez znajdującą się w trendzie spadkowym dynamikę produkcji przemysłowej. Stąd może wynikać obawa o zyski przedsiębiorstw - w takim wypadku trudno będzie znaleźć uzasadnienie dla coraz wyższych wycen amerykańskich akcji.
Niepewność inwestorów zwiększają wydarzenia na rynku walutowym, gdzie euro kosztuje już ponad 1,21 USD. To najwyższy kurs wspólnej waluty od trzech miesięcy. Zmiana trendu długoterminowego, której efektem miało być dalsze umocnienie dolara, stanęła pod znakiem zapytania. Warto zwrócić uwagę, że słabnące euro było postrzegane jako jeden z ważnych czynników sprzyjających notowaniom na europejskich giełdach. Nie znaczy to, że w przypadku dalszego umacniania wspólnego pieniądza trend wzrostowy na giełdach Starego Kontynentu zakończy się z dnia na dzień. Na razie niemiecki DAX pewnym krokiem zmierza w kierunku 5850 pkt, gdzie znajduje się 62-proc. zniesienie bessy z lat 2000-2003.