Na wtorkowej sesji mieliśmy okazję przekonać się, że to już zupełnie inna faza trendu niż jeszcze kilka dni temu. Wcześniej każda korekta, każde zawahanie czy pogorszenie nastrojów na rynkach zachodnich, wykorzystywane było natychmiast do bardzo agresywnego kupna. Wczoraj po porannym spadku mieliśmy bardzo mizerne odbicie, przejście w konsolidację i zakończenie sesji osuwaniem na nowe minima.
Fundusze nie rzucają się już na akcje po każdej korekcie, bądź wywołanej czynnikami wewnętrznymi (polityka, złoty, informacje ze spółek), bądź międzynarodowym otoczeniem. Teraz każde takie zawahanie rynku wzmaga obawy, że może być to impuls kończący trend wzrostowy. Trochę inna "jakość" rynku, który do zeszłego tygodnia nie widział żadnych złych informacji, a jedynie wyolbrzymiał znaczenie tych pozytywnych. Takie zachowanie rynku nie jest teraz niczym dziwnym ani strasznym. Dziwna była dynamika i skala ostatniego wzrostu. Obecna korekta (na razie tylko korekta) jest jej niejako naturalnym następstwem.
Warto przy okazji zwrócić uwagę na trochę niedoceniane przez rynki zagrożenie związane z budżetem. Spory uczestników rynku są na razie w tej kwestii trochę jałowe. Niezależnie od faktu jego przyjęcia bądź odrzucenia nie zamyka to drogi do przedterminowych wyborów, a ich losy wciąż pozostaną w rękach braci Kaczyńskich (czytaj prezydenta). W przypadku odrzucenia budżetu sprawa jest oczywista, a w przypadku jego przyjęcia marszałek sejmu może "spóźnić się" z jego przesłaniem do pałacu i dać prezydentowi możliwość rozwiązania Sejmu. Bardzo pokrętna taktyka i niewielu się jej spodziewa. Biorąc pod uwagę ostatnie polityczne wolty, trzeba jednak takie ryzyko uwzględniać, bo im większa niespodzianka, tym większy wywołuje ona ruch na rynkach.