Przedstawiając coroczną aktualizację Programu Konwergencji, rząd zdecydował się na jasną deklarację. Dokument zapowiada mianowicie, że Polska nie będzie w stanie ograniczyć nadmiernego deficytu fiskalnego w horyzoncie objętym przez bieżącą wersję programu, czyli do 2008 r.
Z jednej strony, stwierdzenie to nie powinno być niespodzianką dla nikogo, kto choć trochę orientował się w założeniach strategii gospodarczej rządu oraz Prawa i Sprawiedliwości, opartej m.in. na słynnej koncepcji "kotwicy budżetowej" Cezarego Mecha. Utrzymanie deficytu budżetowego na stałym poziomie 30 mld zł nie umożliwia bowiem redukcji deficytu finansów publicznych, mierzonego według norm obowiązujących w Unii Europejskiej poniżej dopuszczalnego poziomu 3% PKB w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat. Nie gwarantuje też powstrzymania procesu narastania długu publicznego (także w relacji do PKB), nawet jeśli przyjmiemy optymistyczne założenia dotyczące tempa rozwoju gospodarki do końca tej dekady.
Z drugiej strony, Polska jest krajem Unii Europejskiej, wobec którego została uruchomiona tzw. procedura nadmiernego deficytu, a Rada Ecofinu zaleciła nam jak najszybsze ograniczenie deficytu finansów publicznych, tak, aby do 2007 roku zmniejszył się do poziomu poniżej 3% PKB. W tej sytuacji zakomunikowanie Komisji Europejskiej prosto w oczy, w oficjalnym dokumencie, że nasz kraj nie zamierza stosować się do rekomendacji instytucji unijnych i respektowania obowiązujących w Unii Europejskiej zasad dyscypliny fiskalnej jest krokiem - łagodnie mówiąc - dość śmiałym.
Nietrudno zgadnąć, że reakcja Brukseli na wysłany przez nasz rząd Program Konwergencji będzie jednoznacznie negatywna. Wprawdzie do podjęcia ostatecznych możliwych sankcji, czyli wstrzymania przez UE wypłacanych Polsce środków w ramach Funduszu Spójności, droga jeszcze dość odległa, jednak spodziewałbym się silnego nacisku Komisji Europejskiej na rzecz skorygowania (przyspieszenia) przedstawionej ścieżki konsolidacji fiskalnej. Tym bardziej że stanowisko Polski jest swego rodzaju ewenementem w skali Unii. Można wprawdzie argumentować, że nie jesteśmy przecież jedynym członkiem UE, którego stan finansów publicznych budzi w Brukseli poważne zastrzeżenia, a wśród pozostałych członków grupy "maruderów fiskalnych" również nie widać nadmiernego zapału do korygowania swojej polityki fiskalnej.
Faktem jest też, że na etapie realizacji założonych ścieżek redukcji deficytów bywały (i wciąż się zdarzają) w innych krajach poważne problemy (wcześniej Niemcy i Francja, ostatnio np. Węgry). Równocześnie warto jednak zwrócić uwagę, że do tej pory wśród pozostałych krajów nie znalazły się na tyle "odważne", które zdecydowałyby się otwarcie przyznać już na etapie planowania, że zalecenia Komisji czy Ecofinu, dotyczące konsolidacji fiskalnej, traktują z przymrużeniem oka. Takie stanowisko polskiego rządu wydaje się strategią dość ryzykowną i stwarza potencjalne pole do poważnego konfliktu na linii Warszawa-Bruksela (kolejne, obok np. kontrowersji wokół fuzji bankowej), co może niekorzystnie odbić się na nastrojach inwestorów, a także przekreślić szanse na ewentualną poprawę ratingów finansowych Polski w najbliższym czasie.