Początek wczorajszej sesji był jakby na wyrost. Spory wzrost cen po dość marnym odbiciu w USA był nieco zaskakujący. Po krótkim czasie zostało to "skorygowane". Ceny spadły pod poziom poniedziałkowego zamknięcia. Spadek nie był silny i szybko ponownie przewagę uzyskał popyt. Tym razem ruch był bardziej wiarygodny, choć z pewnością nie można go było uznać za frontalny atak popytu. Dość powiedzieć, że dopiero w okolicy godziny 14.00 wartość obrotu sięgnęła poziomu 500 mln złotych. W tych okolicach zostały też wyznaczone nowe rekordy hossy. Fakt że aktywność w takiej chwili nie dopisywała, nie świadczył dobrze o bykach. Z faktami się jednak nie dyskutuje - rekord jest rekordem.
Po 14.00 zaczęło się osłabienie. Najpierw był to tylko spokojny spadek, ale po 15.00 przybrał na sile. Zapewne część inwestorów zaniepokoiła się takim obrotem sprawy. Fatalna końcówka po zaliczeniu maksa hossy? Wydaje się, że teraz może być tylko gorzej. O ile takie zachowanie może być podstawą do wątpliwości, to z pewnością nie przesądza o zakończeniu hossy. Z decyzjami należy miarkować i podejmować je na zimno. Czy spadek cen pod 2900 pkt to taka tragedia, by rwać włosy z głowy? Rzućmy okiem na wykres powyżej, by przekonać się, że całkiem niedawno byliśmy w znacznie gorszej sytuacji.
Ciekawe było zachowanie LOP. Zauważmy, że wraz ze spadkiem cen spadała i liczba kontraktów. Tym samym to nie podaż od chętnych niedźwiedzi była źródłem parcia, ale inwestorzy zamykający długie pozycje. Nie bez znaczenia jest także fakt, że ta dynamiczna końcówka spadku to efekt rzucania na rynek koszykowych zleceń sprzedaży. Przez chwilę nastroje na rynku terminowym były tak złe, że baza wynosiła -10 pkt. Ujemna baza przy szczytach? To raczej bessą nie pachnie. Jeszcze nie, choć jej widmo majaczy w oddali.