Reklama

Coraz mniejszy wpływ polityki

Wiele wskazuje na to, że nadchodzący rok przyniesie powrót sentymentu do euro i japońskiego jena, co będzie wynikiem zmian w polityce stóp procentowych. Można oczekiwać także pogorszenia się dobrych nastrojów wokół złotego.

Publikacja: 27.01.2006 09:28

Rynek krajowy

Mijający rok przyniósł kontynuację dobrej passy złotego, która rozpoczęła się wiosną 2004 r. Obecnie trudno to sobie wyobrazić, ale 1 marca 2004 r. za jedno euro płacono nawet 4,94 zł. Tymczasem w połowie stycznia br. wspólna waluta kosztowała "tylko" 3,82 zł. Czy taki scenariusz utrzyma się także w tym roku, czy może powrócimy do tendencji obserwowanej w latach 2001-2004 (kurs EUR/PLN wzrósł wtedy z okolic 3,35 zł do 4,94 zł)? Aby odpowiedzieć na to pytanie warto zweryfikować kilka prawd i mitów, które krążą wśród inwestorów.

Gospodarka ma się

dobrze

Taka dynamika wzrostu PKB, jaką odnotowaliśmy w 2004 r. (5,3% r./r.), będzie wprawdzie trudna do powtórzenia w najbliższym czasie, ale można zaobserwować pozytywne tendencje, które będą miały wpływ na pierwsze kwartały tego roku. Mowa tutaj o danych o dynamice produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, które sugerują ożywienie popytu krajowego. Przemawia za tym także obserwowany w ostatnich miesiącach realny wzrost płac. Drugi z filarów gospodarki, czyli eksport, także ma się dobrze, mimo coraz mocniejszego złotego (dodatkowo poprawiają się prognozy wzrostu dla gospodarek Eurostrefy, zwłaszcza Niemiec, które są naszym głównym partnerem handlowym). Warto zwrócić także uwagę na pozytywne aspekty, jakie niesie ze sobą nasze członkostwo w Unii Europejskiej - w tym roku powinna zarysować się wyraźniejsza tendencja w wykorzystaniu środków unijnych. To z kolei może wpłynąć na przyspieszenie dynamiki inwestycji. Analiza procesów zachodzących w naszej gospodarce pokazuje tym samym, że wpływ polityki jest coraz mniejszy, a zapoczątkowany pozytywny trend nie odwróci się prędko.

Reklama
Reklama

Konkluzja: Wzrost PKB w ubiegłym roku wyniesie najprawdopodobniej 3,0-3,5% r./r., aby w tym przyspieszyć do 4,0-4,5% r./r. Dla inwestorów zagranicznych sytuacja gospodarcza Polski jest czynnikiem przemawiającym za dalszymi inwestycjami w złotego.

Rada nie zaskoczy

Miniony rok był czasem obniżek stóp procentowych, dokonywanych przez Radę Polityki Pieniężnej. Od stycznia ub.r. główna stopa procentowa spadła z poziomu 6,5% do 4,5%. Jednocześnie wskaźnik inflacji konsumenckiej (CPI) obniżył się z 3,7% r./r. do 0,7% r./r. Tym samym w ujęciu realnym stopy procentowe są cały czas wysokie, utrzymując się wokół 3%. Dla części obserwatorów, zwłaszcza polityków, jest to argument za dokonaniem dalszych cięć stóp procentowych. Nieco innego zdania są członkowie RPP, którzy wyrażają jednak pewne obawy w związku z niestabilną sytuacją polityczną, a także liczą się z powrotem wskaźnika inflacji do środka celu wyznaczonego przez bank centralny na poziomie 2,5% r./r. w tym roku. Wskazuje się na wzrost gospodarczy i rosnącą konsumpcję, a także zagrożenia płynące z możliwych fluktuacji cen ropy na rynkach światowych. Z kolei dosyć niska inflacja CPI, chociażby w listopadzie (1,0% r./r.), tłumaczona jest raczej jako korzystny splot okoliczności - zablokowanie eksportu polskiej żywności na Wschód i "rzucenie" jej na rynek krajowy, co obniżyło jej ceny, czy w miarę stabilne ceny paliw. Część członków RPP, a zwłaszcza prezes NBP Leszek Balcerowicz, wyraża także obawy odnośnie do tempa reform finansów publicznych. Tezy te są słuszne, jednak o ile politycy wyraźnie nie nabroją i nie doprowadzą do sporego zwiększenia wydatków publicznych, o tyle Rada Polityki Pieniężnej raczej nie będzie reagować prewencyjnie podnosząc stopy procentowe.

Konkluzja: Trudno będzie liczyć na dalsze poluzowanie polityki monetarnej - przez cały 2006 r. stopy procentowe utrzymają się najpewniej na poziomie 4,5%. Fakt ten może stać się jednak podłożem dla potencjalnego konfliktu RPP z rządem, który może się zaostrzyć pod koniec przyszłego roku - w związku ze zbliżającym się końcem kadencji Leszka Balcerowicza (w styczniu 2007 r.). Pytanie oczywiście, czy nadal będzie rządził PiS, czy będziemy świadkami zupełnie innej konfiguracji rządowo-parlamentarnej. Mimo to nie wydaje się jednak, aby PiS rzeczywiście chciał dokonywać zmian w kompetencjach banku centralnego. To jednak nie wyklucza tego, że pewna nerwowość na rynkach może się pojawić. Dodatkowo zmniejszający się spread pomiędzy naszymi a europejskimi stopami procentowymi (w kontekście oczekiwanych podwyżek przez Europejski Bank Centralny) będzie ujemnie wpływać na rynek obligacji. Warto jednak zaznaczyć, że czynniki te będą w pewnej mierze niwelowane przez dobre perspektywy wzrostu gospodarczego i wysokie realne stopy procentowe (oczywiście do czasu).

"Irytująca" zagadka

Wybory 2005 pokazały, że to, co wydaje się przewidywalne, staje się nieprzewidywalne i w polskiej polityce wciąż możliwe są niespodzianki. Niemniej czynnik ten wywołuje wśród inwestorów zbyt dużo emocji, chociaż niezbyt słusznie. Im bardziej rozwinięta gospodarka, tym wpływ polityki na gospodarkę jest mniejszy. Z oczywistych powodów preferowany jest rząd, który prowadzi dosyć liberalną wobec uczestników rynku politykę, koncentrując się na reformach finansów publicznych i stwarzaniu stabilnych podstaw dla wzrostu gospodarczego. Tyle, że jak pokazuje historia, nigdy taki nie powstaje, a każdy gabinet musi liczyć się z opiniami roszczeniowej części społeczeństwa.

Reklama
Reklama

Zadaniem każdej władzy staje się zatem tak umiejętne "manewrowanie", aby każda ze stron czuła się usatysfakcjonowana. Gorzej, jeżeli mamy rząd mniejszościowy, bo wtedy takie działania muszą być także ukierunkowane na zdobywanie coraz większego zaufania społecznego w kontekście potencjalnych wcześniejszych wyborów. W takiej sytuacji zbytni populizm jednak się nie opłaca, a najbardziej komfortowo czują się tzw. "partie środka". To wszystko tłumaczy zachowanie się PiS po jesiennych wyborach, a także reakcję rynku na ten fakt. Mimo pesymistycznych scenariuszy żadnego trzęsienia ziemi nie było, zarówno złoty jak i indeksy giełdowe kontynuowały swój marsz w górę. Ostatnie tygodnie pokazały jednak, że nawet dobrze opracowana polityczna strategia może zacząć szwankować. Nie można "wziąć wszystkiego", nie mając odpowiedniego zaplecza parlamentarnego, a zawiązanie formalnej koalicji z Samoobroną i LPR mogłoby zostać źle odebrane przez wyborców i przez zagraniczny kapitał. Ryzykowne może być także doprowadzenie do nowych, przedterminowych wyborów, gdyż wiosenne głosowanie wcale nie musi przynieść lepszego rozdania. Ludzie mogą czuć się zmęczeni polityką i nie będą głosować na tych, którzy według nich doprowadzili ich ponownie do urn. Stracić mogą zatem zarówno PiS, jak i PO, a zyskać zjednoczona lewica, która dodatkowo może uzyskać wsparcie w postaci Aleksandra Kwaśniewskiego. W takiej sytuacji utworzenie efektywnej koalicji w parlamencie może okazać się jeszcze bardziej trudne niż teraz, chyba że dojdzie do kolejnego zaskoczenia i "zburzenia podziałów". Niemniej jednak do tego czasu na całym tym zamieszaniu stracić możemy wszyscy, gdyż przez te kilka tygodni, a może nawet i miesięcy nie będą podejmowane żadne kluczowe dla kraju decyzje.

Konkluzja: Polska polityka to bardzo "trudna zagadka",a jej właściwe rozwikłanie może być dosyć skomplikowane. Tyle że wszystkie możliwości prowadzą do tak potrzebnej stabilizacji. Albo będziemy mieć nowe wybory, w których pełnię władzy weźmie PiS, albo dojdzie do utworzenia dosyć egzotycznej na tę chwilę wielkiej koalicji lewicy z Platformą Obywatelską. Inna możliwość zakłada brak wyborów i rządy PiS z częścią Platformy Obywatelskiej i PSL po rozłamie w ugrupowaniu Donalda Tuska. Tak czy inaczej pierwsze miesiące tego roku mogą przynieść nieco zamieszania, ale nie powinno ono się aż tak negatywnie odbić na notowaniach złotego. Widać, że populiści są skutecznie niedopuszczani do władzy.

Finanse publiczne to na

razie nie problem

Kwestia finansów publicznych to bolączka niemal dla każdego rządu w krajach, które przeszły reformę z gospodarki centralnej do rynkowej. To wynik zaniedbań ze strony polityków, którzy boją się spadku społecznego poparcia dla popierających je politycznych ugrupowań. Czy jednak takie zaniechania nie doprowadzą do jeszcze większych problemów? Najpewniej tak, chociaż jest to proces bardzo rozłożony w czasie i tak naprawdę na "straszenie", jakie od czasu do czasu pojawia się w mediach nie powinno się zwracać zbytniej uwagi. Oczywiście, dobrze by było, gdyby rząd zdecydował się na radykalne reformy finansów publicznych, zreformował podatki i usprawnił chociażby deficytową służbę zdrowia.

Realizm polityczny, o którym szerzej było w poprzednim akapicie, sugeruje jednak, że liczenie na taki scenariusz może okazać się dosyć błędnym założeniem. W takiej sytuacji dla zagranicznych inwestorów istotne jest to, czy kolejne rządy nie pogorszą bieżącej sytuacji. A ta nie jest aż tak zła - w 2005 r. mieliśmy niższy o dobrych kilka miliardów złotych deficyt budżetowy, inflacja jest dosyć niska, a dług publiczny nie rośnie w zbyt "zatrważającym" tempie. Z kolei przedstawiony przez rząd Marcinkiewicza projekt przyszłorocznego budżetu na razie dosyć dobrze wpisuje się w scenariusz "nie pogarszania sytuacji" - deficyt nie będzie wyraźnie wyższy od tego, który został odnotowany w roku ubiegłym i ma wynieść 30,5 mld zł. Założenie to dosyć sprytnie sprzedano w postaci "procesu zmniejszania deficytu Gronickiego o 2 mld zł" nie dodając, iż w dużej mierze jest to wynik księgowych przesunięć.

Reklama
Reklama

Dlaczego jednak mimo tego rynek to kupił? Może dlatego, że na przygotowanie projektu budżetu od nowa było tak naprawdę bardzo mało czasu. Mimo to inwestorzy i tak będą dosyć ostrożni, gdyż rząd Marcinkiewicza jest słaby, a część założonych przychodów może okazać się zbyt optymistyczna. W tym kontekście może powrócić kwestia programu konwergencji, czyli naszej ścieżki do strefy euro. Na razie rząd realizując strategię "politycznego lawirowania" nie zdecydował się na przedstawienie jasnych założeń w postaci szczegółowych dat przyjęcia euro i próbuje skierować uwagę na znany od dawna problem z księgowaniem funduszy emerytalnych w systemie sektora finansów publicznych. Każdy powinien sobie sam odpowiedzieć na ile uwiarygodnia to założenia o których mówiono już wielokrotnie wcześniej, czyli zdolność do realnego wypełnienia kryteriów z Maastricht w 2009 r. Tyle że ostatnie tygodnie pokazały jednak, iż brutalna prawda jest taka, że dla dużych, zagranicznych funduszy "kilka lat w tę czy tamtą stronę" w terminarzu wejścia do strefy euro nie ma tak naprawdę znaczenia. Polska, Węgry i Czechy odgrywają w Europie Środkowej gospodarczo zbyt dużą rolę, aby można było je ignorować - zysk jest zyskiem, a innych alternatyw inwestycyjnych paradoksalnie na razie jest niewiele. Co zatem?

Paradoksalnie dla rynku istotniejsze będzie to, jaką politykę zarządzania długiem będzie prowadził gabinet Marcinkiewicza i następny rząd. Ta - opracowana jeszcze przez poprzedniego ministra finansów Mirosława Gronickiego - zakładała sukcesywne zwiększanie emisji długu na rynkach zagranicznych w latach 2006-2007 i wymianę części pozyskanych w ten sposób środków na rynku międzybankowym. To spotkało się z ogromną falą krytyki ze strony ekonomistów i NBP i wydaje się, że obecne władze resortu finansów próbują "po cichu" wycofać się z tej koncepcji. Ostatnio wiceminister Cezary Mech oświadczył, że nie ma planów co do kolejnych emisji długu poza tą zaplanowaną na koniec stycznia w wysokości 3 mld euro. Trudno jednak jednoznacznie określić, czy powyższa strategia rzeczywiście zostanie zmieniona. Na razie cały czas wpływa ona na zachowania uczestników rynku, a kilka tygodni temu resort finansów ujawnił, że w tym roku może być to kwota o równowartości 7,4 mld zł.

Konkluzja: Paradoksalnie wokół tak istotnej kwestii jak finanse publiczne jest dużo "szumu", a rynek nie obawia się zbytnio "czarnego" scenariusza. Budżet na 2006 r. został dobrze przyjęty przez rynki i inwestorzy będą uważnie obserwować postępy w jego wykonywaniu (tutaj mogą pojawić się pewne "schody"). Co do budżetu na rok 2007 r. to wydaje się, że mimo pewnych, ewentualnych "perturbacji" zostanie on dobrze odebrany. Na razie dla rynku bardziej istotne będzie, co stanie się z tak krytykowaną strategią zarządzania długiem i czy resort finansów rzeczywiście się z niej wycofa pod presją. Jeżeli nie, to czynnik będzie cały czas spełniać rolę psychologicznej blokady dla tych, którzy mogliby grać na większe osłabienie złotego.

Ujemny wpływ polityki zagranicznych banków centralnych

Pojęcie globalnej wioski jest znane nie tylko teoretykom biznesu. O tym, jak polityka amerykańskiego banku centralnego (Fed) czy Europejskiego Banku Centralnego (ECB) może wpływać na rynki przekonał się niejeden inwestor. Jakie zatem korzyści lub zagrożenia mogą mieć wpływ na naszą walutę w tym roku? Obecnie wiele wskazuje na to, że Fed jest bliski zakończenia polityki podwyżek stóp procentowych, podczas kiedy ECB czy japoński BOJ są dopiero na jej początku. Według rynkowych szacunków, główna stopa procentowa w USA może wzrosnąć do połowy roku do poziomu 4,50-4,75% z 4,25% obecnie, co jednocześnie może być końcem kilkuletniego cyklu. Z kolei Europejski Bank Centralny, biorąc pod uwagę poprawiające się perspektywy europejskiej gospodarki i ryzyko wzrostu inflacji, może podwyższyć stopy procentowe do poziomu 2,75% z 2,25% obecnie (w marcu i we wrześniu). Obie te kwestie będą negatywnie wpływać na atrakcyjność inwestycji w Polsce.

Reklama
Reklama

Konkluzja: Polityka zagranicznych banków centralnych, zwłaszcza ECB, może sprawić, że inwestorzy będą powoli wycofywać się z polskich obligacji, które w ostatnich 2 latach przyniosły im ogromne zyski. Od strategii, jaką obierze nasz polski rząd i RPP, zależeć będzie skala tego zjawiska. Biorąc pod uwagę czynniki wymienione w poprzednich akapitach nie wydaje się, aby ruch ten był zbyt gwałtowny.

Rynek międzynarodowy

Mijający rok po raz pierwszy od 2001 r. okazał się dobry dla amerykańskiej waluty. Notowany na nowojorskiej giełdzie indeks dolarowy, w którego skład wchodzi sześć par walutowych w relacji do dolara, zyskał na wartości ponad 12%. To był najlepszy rok od 1997 r. W relacji do europejskiej waluty "zielony" zyskał blisko 13%. Wiele jednak wskazuje na to, że dobra passa nie utrzyma się i w tym roku powrócimy do obserwowanej wcześniej tendencji osłabienia amerykańskiej waluty. Aby postawić szczegółową prognozę, należy rozważyć kilka istotnych czynników, w których dominuje polityka największych banków centralnych w kwestii poziomu stóp procentowych.

Oczy zwrócone na ECB

W grudniu ub.r. amerykański bank centralny po raz trzynasty podniósł stopy procentowe. W efekcie główna stopa funduszy federalnych wzrosła do 4,25%. W komunikacie wydanym do decyzji nie pojawił się już jednak zwrot o prowadzeniu akomodacyjnej polityki pieniężnej. Podtrzymany został wprawdzie zapis o polityce "umiarkowanych" kroków i konieczności reagowania na zagrożenia inflacyjne, ale dla rynku stało się jasne, że cykl podwyżek stóp procentowych dobiega końca. Na rynku oczekuje się jeszcze maksymalnie dwóch podwyżek o 25 p.b. ze strony FED (w styczniu i marcu), przy czym co do tej ostatniej pojawia się już sporo "ale".

Reklama
Reklama

Posiedzenie 31 stycznia będzie ostatnim z udziałem Alana Greenspana, a wokół osoby jego następcy, Bena Bernanke, nazywanego przez niektórych "Dr.B." pojawiają się wątpliwości. Może on w większym stopniu zwracać uwagę na wzrost gospodarczy niż z determinacją walczyć z inflacją. Zresztą ostatnie dane makro pokazują, że presja inflacyjna wydaje się opanowywana, a cykl gospodarczy pomału zaczyna zbliżać się do swojego szczytu. Pierwsze sygnały zaczyna dawać rynek obligacji - w końcu grudnia ub.r. po raz pierwszy od grudnia 2000 r. rentowności krótszych papierów 2-letnich na krótko znalazły się poniżej dłuższych 10-letnich. Historycznie zwiastowało to zazwyczaj koniec cyklu podwyżek i zbliżającą się pomału recesję. Na tle polityki FED o wiele lepiej wypada Europejski Bank Centralny. Poprawiające się prognozy dla gospodarek Eurostrefy, a także rysująca się coraz wyraźniej presja inflacyjna powinny skłonić to gremium do podniesienia stóp procentowych łącznie przynajmniej o 50 p.b. (najczęściej mówi się tutaj o marcu i wrześniu). Co ciekawe, zmienia się tak krytykowane przez niektórych obserwatorów konserwatywne nastawienie ECB. W publikowanych na łamach prasy wypowiedziach przedstawiciele banku dają wyraźnie do zrozumienia, iż mogą działać prewencyjnie wcześniej zaostrzając politykę monetarną. To sprawia, że rosną oczekiwania i spekulacje rynku, a to powoduje, że zdaniem części inwestorów europejska waluta staje się niedowartościowana. W podobnym tonie, choć na razie w mniejszej skali, zaczyna mówić się o polityce Banku Japonii. W ostatnich wypowiedziach członkowie tego gremium zwracali uwagę na konieczność zakończenia "antydeflacyjnej" polityki, która zakładała utrzymywanie stóp procentowych na bardzo niskim poziomie. Na razie jednak japońska gospodarka powstaje dosyć powoli, a cały czas zagrożeniem dla niej może być zachowanie się cen ropy na rynkach światowych.

Konkluzja: Zbliżający się koniec cyklu podwyżek stóp procentowych w USA w połączeniu z rosnącymi oczekiwaniami co do zacieśnienia polityki monetarnej w Eurostrefie i Japonii nie przemawiają raczej za dolarowymi inwestycjami. Z drugiej jednak strony stopy procentowe w USA w przyszłym roku będą nadal relatywnie wysokie.

Nie tylko odwieczne

problemy

Brak pewnego psychologicznego "wsparcia" ze strony FED może sprawić, że na rynkach odżyją nieodłączne i stare problemy dolara, czyli wysokie deficyty i poniekąd także geopolityka. Wprawdzie w roku fiskalnym 2005 r. kończącym się w październiku b.r. udało się powstrzymać niekorzystną tendencję w narastaniu deficytu budżetowego obserwowaną w latach 2002-2004, to jednak ryzyko powrotu do negatywnej tendencji zawsze pozostaje. W ogólnym rozrachunku figura spadła do -319 mld USD z -413 mld USD, co odpowiada około 2,6% PKB (dane na podstawie Departamentu Skarbu i Biura Budżetowego Kongresu CBO). Na razie po pierwszych trzech miesiącach nowego roku rozrachunkowego 2006 deficyt był tylko o 1 mld USD wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego. Niemniej jednak rynek z dużą uwagą będzie przyglądał się nowym projekcjom budżetowym, które mogą zostać zaprezentowane jeszcze w tym miesiącu.

Reklama
Reklama

Inwestorzy wiedzą, że nadal duże wydatki idą na działania w Afganistanie i Iraku (w tym ostatnim przypadku nie widać końca), a w najbliższych latach amerykańska administracja będzie musiała zająć się reformą przestarzałego systemu Social Security. Tymczasem na razie republikanie skupiają się w Kongresie na redukcji podatków, co ich zdaniem ma wspomóc wzrost gospodarczy, powtarzając przy tym, iż do 2009 r. deficyt budżetowy spadnie o połowę wobec stanu z 2004 r. Jeszcze większy problem stanowi również stale rosnący deficyt handlowy. Od stycznia do października ub.r. był on blisko o 95 mld USD wyższy niż w analogicznym okresie 2004 r. i wyniósł 598,3 mld USD (dane Departamentu Handlu). To co martwi, to rosnąca "deficytowa" wymiana z Chinami, która wynosi już 30% całości obrotów. To cały czas efekt dumpingowej polityki Państwa Środka wspomaganej sztucznie utrzymywanym, niedowartościowanym kursem juana. Przeprowadzona w lipcu ub.r. rewaluacja juana względem dolara o 2,1% niewiele zmieniła - specjaliści mówią o konieczności ruchu o 10-15%. Na to Pekin jednak trudno jest namówić - tamtejsi urzędnicy widzą namacalny dowód słuszności swojej polityki w blisko dwucyfrowym wzroście PKB. Oczywiście, taka polityka doprowadzi w końcu na skraj przepaści w kontekście słabo rozwiniętego chińskiego rynku finansowego, ale tym na razie nikt się nie przejmuje. Na tym stracą także Amerykanie, gdyż Chiny są jedną z kluczowych światowych gospodarek - skutki będą widoczne na wszystkich rynkach. Można mieć zatem nadzieję, że uda się przekonać Chińczyków do przynajmniej 5-7-proc. rewaluacji juana w relacji do dolara w tym roku. Fakt ten może umocnić jednak waluty azjatyckie w relacji do amerykańskiego dolara.

Konkluzja: Temat amerykańskich deficytów w przyszłym roku na pewno powróci - rynki muszą przecież czymś "żyć". Pytanie, czy kolejny raz zaufają obietnicom polityków i czy nie pojawią się nowe aspekty w relacji z Chinami. To wszystko nie będzie jednak zbytnią zachętą do dolarowych inwestycji.

Polityka, głupcze

Amerykański prezydent Bill Clinton miał swoje słynne już powiedzenie na temat gospodarki. Paradoksalnie można je sparafrazować także w odniesieniu do polityki obecnej amerykańskiej administracji. Sprawa domniemanych podsłuchów własnych obywateli w ramach planu walki z terroryzmem paradoksalnie może "rozejść się po kościach", podobnie jak kwestia tajnych więzień CIA. To wszystko jednak cały czas będzie szkodzić pozycji prezydenta Busha zarówno na krajowym podwórku, jak i arenie międzynarodowej. Dodatkowo nie dość, że nie widać pomysłu na zakończenie wojny w Iraku, a pojawia się poważne ryzyko wplątania się w kolejny konflikt - tym razem w Iranie. Mimo że na razie mówi się, że powtórki z Iraku nie będzie, a Amerykanom uda się uzyskać międzynarodowe przyzwolenie i wsparcie, to i tak sytuacja w regionie bliskowschodnim może się jeszcze pogorszyć. O negatywnym wpływie na ceny ropy w takiej sytuacji nie trzeba już przypominać.

Konkluzja: Nadchodzący rok nie przyniesie znaczących zmian w globalnej sytuacji politycznej, a raczej można spodziewać się jej pogorszenia i negatywnego wpływu na rynki finansowe.

Prognozy, prognozy...

Wiele wskazuje na to, że obserwowany od ubiegłego roku trend polskiej waluty może w tym roku ulec odwróceniu, chociaż nie powinno być ono gwałtowne. Za nadal mocnym złotym przemawia sytuacja gospodarcza Polski, która nie powinna ulec pogorszeniu w perspektywie kolejnych kwartałów, co sugerują ostatnio publikowane wskaźniki. Nieco namieszać mogą politycy, chociaż tutaj rynki w końcu dobrze przyjmą powstanie nowego stabilnego rządu, czy to poprzez wybory, czy bez nich. Jedyne zagrożenie tkwi w polityce stóp procentowych na linii RPP-ECB-FED. Oczekiwany brak ruchów ze strony Rady Polityki Pieniężnej w przyszłym roku, przy jednoczesnym zbliżającym się zakończeniu cyklu podwyżek w USA i ich początku w Eurostrefie, może negatywnie odbić się na rentowności inwestycji w nasze papiery skarbowe.

Z kolei na rynkach międzynarodowych możemy być świadkami osłabienia się dolara. Na rynku będzie panowała niepewność związana z kształtem polityki pieniężnej prowadzonej przez nowego szefa FED, Bena Bernanke, która będzie musiała uwzględnić wiele aspektów, zwłaszcza nadal wysokie deficyty USA, sytuację na rynku nieruchomości i zdaniem niektórych nadciągającą pomału recesję. Mogą do niej doprowadzić m.in. ceny ropy, jeżeli powtórzyłyby skalę zwyżek obserwowaną w ostatnich latach. Na tym tle zyskiwać powinna wspólna europejska waluta wspomagana przez działania Europejskiego Banku Centralnego.

Poniższa tabela prezentuje prognozy na końcówki poszczególnych kwartałów 2006 r.

Główny analityk

walutowy Palladia

Capital Markets

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama