Dyskusja nad dyrektywą Bolkensteina (od nazwiska poprzedniego komisarza ds. rynku wewnętrznego) toczy się od 2004 r. Jej przyjęciu sprzeciwiała się część starych państw członkowskich UE. Obawiały się, że zniesienie barier (m.in. dotyczących stażu pracy, certyfikatów itp.) nakładanych na usługodawców ułatwi ekspansję tanich firm z nowo przyjętych krajów. Polska domagała się z kolei, aby pozostawić w dyrektywie zasadę kraju pochodzenia. Gwarantowała ona, że usługodawca walczący na unijnych rynkach nie musi się ubiegać o nowe pozwolenia, wystarczy, że spełni odpowiednie kryteria w Polsce. Sama dyrektywa jest jednak potrzebna nawet firmom zachodnim. Ułatwia bowiem np. delegowanie pracowników do oddziałów w Polsce. Dlatego prace nad projektem kontynuowano w 2005 r.

Dziś odbędzie się końcowa dyskusja nad kompromisowymi zapisami. W efekcie porozumienia dwóch największych frakcji w Europarlamencie (chadeków i socjalistów) z projektu zniknie prawdopodobnie klauzula kraju pochodzenia. Co więcej, ostatnie propozycje dopuszczają stosowanie restrykcji przez różne kraje, jeżeli znajduje to uzasadnienie w "polityce społecznej" czy "ochronie konsumentów". Te zapisy to ukłon w stronę organizacji związkowych, partii lewicowych i zielonych. Dziś zresztą Europejska Konfederacja Związków Zawodowych (ETUC) organizuje w Strasburgu dużą manifestację przeciwko dyrektywie.

Dołączą do niej związkowcy z Polski - m.in. z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych czy Solidarności. - Nie podoba nam się, że według dyrektywy minimalny zarobek polskiego pracownika określany byłby według polskiego prawa, a nie według prawa kraju, w którym usługa byłaby wykonywana - tłumaczy przewodniczący OPZZ Jan Guz. Związkowcy obawiają się także, że na skutek liberalizacji na nasz rynek mogą trafić usługodawcy z innych państw UE.

Polscy eurodeputowani będą się jednak starać - wbrew OPZZ - wykreślić zapisy, pozwalające na stosowanie ograniczeń. Próby takie czynią zwłaszcza politycy Platformy Obywatelskiej, należącej do frakcji chadeckiej. Liczyć mogą na kolegów z Wielkiej Brytanii, Holandii, Węgier, Czech i Hiszpanii. Głosowanie nad niemal 400 poprawkami do dyrektywy odbędzie się w czwartek. Może wejść w życie dopiero w 2009 lub nawet 2010 r., z uwagi na zapisany w niej dwuletni okres na dostosowanie krajowych przepisów.

PAP