Taka sytuacja ma równocześnie wpływ na wartość dolara. Euro prawie bez przerwy spada od 23 stycznia. Wtedy płacono za nie 1,23 USD, teraz 1,19 USD. Dotarcie wykresu EUR/USD do wsparcia związanego z linią trendu biegnącą po dołkach z listopada i grudnia minionego roku nie zachęciło do kupna wspólnej waluty. Wobec tego trzeba liczyć się z kontynuacją zniżki. Teraz kluczowe wsparcie wyznacza strefa 1,18-1,19 USD. Jej przełamanie otworzy drogę do udanego ataku na listopadowe minimum przy 1,167 USD.
Taki scenariusz zwiększałby presję na spadek cen ropy i metali. Na rynkach tych surowców ubiegłoroczna zwyżka dolara przeszła bez echa, choć w latach 2002-2004 w deprecjacji amerykańskiego pieniądza upatrywano jednego z głównych czynników pchających ceny towarów w górę. Można to było interpretować jako wyraz przekonania inwestorów o tymczasowości zwyżki dolara. Jeśli teraz okazałoby się jednak, że tendencja przybiera trwalszy charakter, reakcja na aprecjację amerykańskiego pieniądza mogłaby być zdwojona.
Słabnie japoński Nikkei
W kontekście taniejącej ropy i idącego w górę dolara uwagę zwraca słabość w ostatnim czasie japońskiego Nikkei. W piątek pierwszy raz od ośmiu miesięcy znalazł się poniżej kwartalnej średniej. To, wraz z negatywną dywergencją na dziennym MACD towarzyszącą utworzeniu ostatniego szczytu, stwarza zagrożenie powstaniem na wykresie formacji podwójnego szczytu. To typowa figura zapowiadająca odwrócenie trendu. Do jej utworzenia dojdzie z chwilą przełamania przez indeks dołka z 18 stycznia przy 15 341 pkt.
Czy z realizacji takiego scenariusza płynęłyby jakieś wnioski dla szerszego grona rynków? Z jednej strony, stałby on w jakimś względzie w sprzeczności z oczekiwaniem na wzrost wartości dolara. Oznaczałby on poprawę rentowności japońskiego eksportu, więc raczej inwestujący w akcje z Kraju Kwitnącej Wiśni powinni to korzystnie odbierać. Z drugiej strony, na aprecjację dolara można patrzeć przez pryzmat atrakcyjności amerykańskich aktywów. Im większa tym mocniejszy dolar i mniejsze zainteresowanie lokatami w innych regionach świata.
Równocześnie ewentualne osłabienie notowań w Japonii wpisywałoby się w scenariusz obaw o koniunkturę w amerykańskiej gospodarce. Jej pogorszenie zmniejszyłoby zapotrzebowanie na azjatycki eksport. W tej sytuacji negatywnego wpływu nie byłby w stanie zneutralizować spadek lokalnych walut do dolara. To odbiłoby się również na postrzeganiu rynków wschodzącyNajpierw azjatyckich, gdyż państwa z tego regionu są najbardziej uzależnione od chłonności gospodarki USA. Jednak ze względu na wielkość giełd z tej części świata ich postrzeganie miałoby wpływ na ocenę emerging markets. Kapitalizacja koreańskiego parkietu to ponad 800 mld USD wobec trochę ponad 1 bilion USD dla wszystkich latynoamerykańskich rynków wschodzących. Na prawidłowość takiej interpretacji wskazuje tegoroczny wzrost azjatyckich emerging markets. Wzrosły w lokalnej walucie o niecałe 3% - latynoamerykańskie zyskały trzy razy więcej, a europejskie ponadczterokrotnie tyle.