Zbrojni bojówkarze z Ruchu na rzecz Wyzwolenia Delty Nigru wzięli w sobotę za zakładników dziewięciu obcokrajowców pracujących dla amerykańskiej firmy Willbros, serwisującej instalacje naftowe dla Shella. Zbombardowali też kontrolowaną przez holendersko-brytyjski koncern platformę przeładunkową w porcie Forcados i uszkodzili ropociągi. W ten sposób wyłączony został eksport ok. 400 tys. baryłek ropy na dobę, czyli mniej więcej jedna piąta możliwości nigeryjskiego przemysłu. Nigeria jest ósmym co do wielkości producentem ropy na świecie.
W obawie przed kolejnymi atakami Shell ewakuował pracowników i przerwał wydobycie z pola naftowego EA, którego dzienna produkcja to 115 tys. baryłek.
- Nowe cele będą zaatakowane wkrótce. Jest co niszczyć - ostrzegł wczoraj Jomo Gbomo, rzecznik partyzantów. Zgodnie z zapowiedziami bojówkarzy, którzy w piątek ogłosili początek "wojny totalnej" z zachodnimi firmami naftowymi w Nigerii, do końca miesiąca eksport ropy z tego kraju ma być ograniczony o 30%. Instalacje należące do Shella zostały zaatakowane na początku, ponieważ - jak twierdzą partyzanci - ten właśnie koncern użyczał rządowi lądowisk dla helikopterów, pomagając w atakach na mieszkańców Delty Nigru.
Shell odpowiada za mniej więcej połowę z 2,36 mln baryłek ropy naftowej trafiającej codziennie z Nigerii na światowy rynek. Na razie nie zamierzają ograniczać produkcji ani ewakuować pracowników dwaj kolejni giganci na tym rynku - amerykańskie ExxonMobil i Chevron. Pierwszy z nich wydobywał ostatnio w Nigerii ok. 650 tys. baryłek ropy dziennie.
Już same groźby nigeryjskich bojowników wywindowały w piątek cenę surowca o ponad 2%. W Nowym Jorku za baryłkę trzeba było zapłacić 59,88 USD. - Rynek jest bardzo wyczulony na gwałtowne wydarzenia związane z podażą, takie jak te w Nigerii - stwierdził w rozmowie z agencją Bloomberga David Thurtell, analityk surowcowy z Commonwealth Bank of Australia w Sydney.