dochodów, ale łączne wpływy mogą być mniejsze najwyżej o pięć miliardów
złotych w stosunku do kwot przewidywanych w ustawie." Co tam, pięć w tą, czy
w drugą.
Panicznym reakcjom na rewelacje profesora Wernika sprzeciwia się minister
finansów Zyta Gilowska. Przypomina o zbliżonej sytuacji z października 2001
roku. Ówczesny minister finansów Marek Belka przedstawił plan redukcji
wydatków o wartości 10 mld zł. Zredukowano wydatki w resorcie zdrowia,
sprawiedliwości oraz edukacji. Doszło do cięć w wydatkach bieżących i
nakładach inwestycyjnych - nie ruszano płac i świadczeń społecznych. Nasuwa
się jednak pytanie, czy obecna ekipa na takie ruchy pójdzie? Czy obecna Pani
minister ma na tyle silną pozycję, by przeforsować podobne rozwiązania?
Już teraz widać, że na większe cięcia się nie zanosi. Wspomina się o
"możliwości przeniesienia problemów budżetu na rok 2007", o "
przesunięciach części wydatków inwestycyjnych o miesiąc, dwa na styczeń 2007
r. W ostateczności rząd może uciec się do najbardziej drastycznego
rozwiązania - cięcia wydatków administracyjnych." Gilowska zapewnia, że na
pewno nie podniesie podatków. Czy faktycznie cięcie wydatków
administracyjnych jest "najbardziej drastycznym rozwiązaniem" można
podyskutować, ale cieszy ta "deklaracja podatkowa".
I akże stawki podatku dochodowego od
osób fizycznych. Mówi się o obniżce tej pierwszej o 3% oraz sprowadzeniu
stawek PIT do 18 proc. i 32 proc. Jej zdaniem te propozycje mają szanse
wejść w życie za minimum 2 lata.
Mniejsze podatki, to siłą rzeczy mniejsze wydatki. Jak szacuje Gilowska,
wydatki budżetu państwa mogłyby być ucięte o od 0,8-1,0% PKB, ale szybko
dodała, że i z tym będzie trudno, bo "posłowie bardzo dużo naobiecywali -
dubeltowe becikowe czy dodatkowe pomoce socjalne dla rolników". Jakie są
więc warunki dla programu cięcia wydatków oraz obniżenia podatków? "Nie musi
się wydarzyć żaden cud gospodarczy. Niech będzie to, co teraz zakładamy
czyli wzrost ok. 5%, niska inflacja i poprawiająca się koniunktura w Unii
Europejskiej". No proszę, jakie to proste. Pod warunkiem, że Sejm nie będzie
miał ochoty na konsumpcję tego wzrostu PKB.
Co do koniunktury w UE, to pojawiły się nieco lepsze prognozy, choć nadal
dynamika wzrostu jest delikatnie mówiąc ślamazarna. Komisja Europejska
podniosła swoje przewidywania odnośnie tempa wzrostu PKB z 2,1 na 2,2% a dla
strefy euro pozostawiła na tym samym poziomie, czyli 1,9%. Można zatem
odnieść wrażenie, że korekta dotyczy krajów spoza eurolandu. Przypomnijmy
jeszcze, że wzrost PKB w 2005 r. wyniósł 1,5%, a w strefie euro zaś - 1,3
proc. Optymizmem powiało także z Niemiec, gdzie mówi się już o możliwości
wzrostu w tym roku o ponad 1,5%, a są i tacy, co przebąkują nawet o 2%.
Gdzie więc szukać rezerw na ewentualne niedobory w dochodach budżetu? Pewnym
rozwiązaniem jest niższy koszt obsługi zadłużenia Skarbu Państwa. Tu
oczywiście pojawiają się nadzieje, jeśli nie mówić o lekkiej perswazji ze
strony rządu, na kolejną obniżkę stóp procentowych. O możliwości takiego
ruchu mówi zarówno minister Gilowska, jak i sam premier Marcinkiewicz. Tu
interes jest jasny - niższe stopy, to łatwe oszczędności i zaskórniak na
ewentualne problemy. Tylko, że ten kij ma dwa końce. Niższe stopy to
mniejsza chęć do inwestycji w Polsce, co może się odbić na poziomie kursu
złotego. Na razie jest on mocny, ale ten stan nie musi przecież trwać
wiecznie.
Oboje sygnalizują, że najpoważniejszym argumentem za obniżką stóp
procentowych jest niska wartość inflacji. Czy faktycznie jednak jest to
argument, która rada ma brać pod uwagę, jako kluczowy? Zauważmy, że rady nie
interesuje równie mocno aktualna inflacja, ale jej kształtowanie się w
przyszłości. Obecna inflacja jest już tylko skutkiem wcześniej podjętych
decyzji. Rodzi się pytanie, jaka ona będzie za kilka, czy kilkanaście
miesięcy. Ostatnio opublikowana projekcja każe przypuszczać, że sytuacja
jest opanowana, ale czy faktycznie? Za ostrożnością przemawiają dane, które
przy sporządzaniu projekcji nie były brane pod uwagę, jak choćby szybszy
wzrost gospodarczy w IV kw. 2005 r. czy spora dynamika sprzedaży detalicznej
w styczniu br.
Argument porównujący poziom stopy referencyjnej z wielkością inflacji, jaki
wysunął premier Marcinkiewicz także jest dość śliski. Poziom realnych
oprocentowania w Polsce musi być po prostu wyższy od europejskiego. Chcąc
czy nie chcąc, jesteśmy krajem o podwyższonym ryzyku inwestycyjnym i tym,
którzy pożyczają nam swoje pieniądze należy się z tego tytułu premia. Inną
sprawą jest jej wysokość, ale przecież to już nie zależy od samej RPP.
Porównanie ze stopami w USA jest zasadne, ale to tylko na poziomie stóp
realnych. Nominalnie wyższe stopy procentowe w USA niż w Polsce mogą się
utrzymywać przez dłuższy czas. Tu raczej ciekawie wyglądają kierunki zmian.
W USA cały czas mamy wzrost, i jak sygnalizują ostatnie wypowiedp procentowych w Polsce przemawia
także fakt, że sama decyzja ma zapaść we wtorek, a dopiero dzień później GUS
poda informację o dynamice PKB w IV kw. 2005 r. Znamy już wprawdzie wstępne
dane za cały rok 2005, ale okazuje się, że IV kw jest tu kluczowy.
Posiadając wartości odnoszące się do całego roku oraz trzech kwartałów,
można szacować dynamikę w kwartale IV. Mówi się o 3,9-4,2%. Nie mniej ważna
jest tu dynamika inwestycji. Wzrost może wynieść 10%. Czy więc RPP podejmie
decyzję już teraz, czy też jednak poczeka z nią do marca? Jeśli do obniżki
dojdzie już teraz, a dane makro okażą się świetne, nie jest wykluczone, że
będzie to ostatni ruch RPP w tym cyklu.
Na koniec kilka słów o samym rynku. Jak widać, z poprzednich akapitów czeka
nas ciekawy tydzień. Pewne wątpliwości się rozwieją, ale kilka z pewnością
pozostanie. Powoli kończy się okres stabilności w polityce monetarnej
zarówno w Polsce, jak i na świecie. Wrasta poziom niepewności co do dalszych
ruchów głównych rozgrywających. Próbkę tego mieliśmy po publikacji protokołu
posiedzenia dotyczącego wysokości stóp procentowych Banku Anglii. Iny
rozkład głosów niż oczekiwano (8-1, zamiast 7-2) wywołał spory ruch na
tamtejszych papierach dłużnych. U nas nie będzie inaczej. Kolejnej
poczynania RPP będą niewiadomą, co powinno zaowocować zwiększoną
zmiennością.
Za zwiększoną zmiennością przemawia także fakt próby piątkowego wybicia cen
w górę. Niemal przez cały tydzień przebywaliśmy w konsolidacji. W znacznie
większej konsolidacji przebywamy już od ponad miesiąca. Czy to piątkowe
wybicie ma szansę to zmienić? Przyznam, że mam obawy. Aktywność nie było
zbyt duża, co może wskazywać na przypadkowość tego ruchu. Prawdziwym testem
będzie więc dopiero ewentualny atak na szczyt hossy. Sukces byków może się
przerodzić w dynamiczny wzrost kończący średnioterminowy ruch boczny.
Ewentualna porażka może skusić kolejnych graczy do gry "pod szczyt hossy",
co może się przerodzić w dość szybki spadek cen. Nie będę zgadywał, jak się
to skończy, choć na razie mam pewne wątpliwości, co do mocy rynku. Cały czas
za kluczowe uważam wsparcie na poziomie dołka z początku roku. Póki ten
poziom się trzyma założenie o trendzie wzrostowym wydaje się słuszne
Wykres_1.gif Może o kierunku ruchu zadecydują dane makro? Jakie uznamy za
świetne? Wzrost PKB przekraczający 4%? Tak to będą dobre dane, ale nie
zapominajmy, co nam ucieka - to i tak tylko nieco więcej niż połowa dynamiki
słowackiego PKB.
Kamil Jaros
[email protected]