Wygląda na to, że jeśli chodzi o koniunkturę na warszawskim parkiecie w najbliższych tygodniach, to wtorkowa sesja sporo nam wyjaśniła. Spadek, jakiego mieliśmy okazję doświadczyć przedwczoraj, ustępuje nieco temu z końca stycznia (wtedy to też był wtorek) zarówno pod względem dynamiki, jak i rozmiarów, ale jego znaczenie prognostyczne może być o wiele większe. Po tamtej traumatycznej sesji rynek dochodził do siebie prawie przez trzy tygodnie, konsolidując się na poziomie luki hossy z 4 stycznia (dla WIG20 to około 2760 punktów). Na razie wyszło z tego tylko dwupunktowe naruszenie historycznego rekordu tego indeksu z 25 stycznia, co nie świadczy o sile giełdy. Zwłaszcza że ten wzrost nie zawdzięczamy szerokiemu rynkowi, ale raczej umiejętnej grze na poszczególnych blue chipach.
Tak dynamiczny odwrót od akcji może sugerować tworzenie się czegoś w rodzaju formacji podwójnego szczytu, która zostanie wypełniona przełamaniem wsparcia na poziomie ok. 2760 pkt. Realizacja takiego scenariusza mogłaby w konsekwencji sprowadzić WIG20 jeszcze mniej więcej 200 punktów niżej. Wczorajsze odbicie było zupełnie naturalnym odruchem, choć po przecenie za oceanem można się było obawiać o początek notowań. Jednak pomimo że rynek przez cały czas był na plusie, styl tego odreagowania po tak dużym spadku pozostawia wiele do życzenia, a dość częste pojedyncze transakcje "wyciągające" indeks budzą zrozumiałą nieufność. Prawdę mówiąc, nie bardzo wierzę w kolejny atak na szczyty w najbliższym czasie. Byłbym raczej bliższy stwierdzeniu, że pewien etap hossy się zakończył, a na GPW trwa złożona korekta być może zapoczątkowana owym styczniowym czarnym wtorkiem. W każdym razie na rynku jest nerwowo, a z okresu takiej dużej zmienności cieszą się daytraderzy. Inwestorzy nastawieni mniej agresywnie powinni raczej zwrócić uwagę na końcówkę sesji i dobrze się zastanowić...
Zwróć uwagę:
Ze względu na dużą nerwowość bezpieczniej pozostawać poza rynkiem, ew. skupić się na doborze walorów wg kryteriów fundamentalnych.