W ciągu ostatnich czterech sesji rentowność 5-letnich polskich obligacji podskoczyła o ponad 20 punktów bazowych, do 4,6%. W tym samym czasie kurs euro wzrósł o 9 groszy, do 3,86 zł. Do tej miniwyprzedaży WIG20 dołączył wczoraj, tracąc 2,3%. Pozwoliłem sobie użyć przedrostka "mini" bowiem, w odniesieniu do wcześniejszej hossy na polskich aktywach, przecena nie jest znacząca. Niemniej, po raz pierwszy od października zeszłego roku mamy do czynienia z tak jednoznacznym odwrotem od polskich aktywów. I nie tylko polskich, bo wyprzedaż dotknęła większość rynków wschodzących. Taki "grupowy" spadek wydaje się niebezpieczny - jakieś nawet przypadkowe wydarzenie z innego rynku może napędzić wyprzedaż w kraju. Właściwie dla równowagi należałoby stwierdzić, że to także szansa - przecież dobre nastroje powiedzmy z Brazylii mogą się przenieść także do Polski. Problem leży w tym, że uwarunkowania dla rynków wschodzących nie są korzystne i nie wygląda na to, żeby na takie się zmieniły. Mam na myśli przede wszystkim rosnącą rentowność obligacji na rynkach rozwiniętych, która odciąga kapitał od emergings markets. W czwartek rentowność 10-letnich papierów amerykańskich osiągnęła 4,7%, po raz pierwszy od czerwca 2004 roku. Wczoraj dochodowość obligacji niemieckich była najwyższa od kwietnia 2005 roku i wyniosła 3,6%. W obydwu wypadach wygląda to na przynajmniej średnioterminową zmianę trendu na wzrostowy, co sprawia, że trzeba liczyć się z coraz mocniejszym negatywnym oddziaływaniem tego czynnika.

Jak rozwinie się sytuacja na GPW, zależy głównie od inwestorów zagranicznych. Roczna stopa zwrotu z WIG20 wyrażona w euro wciąż przekracza 50%, ale już 6-miesięczna zmiana indeksu wynosi tylko 26% i jest najniższa od ponad pół roku. Inwestorzy zagraniczni wciąż mają pokaźne zyski, ale one maleją. Szczególnie tym, którzy kupowali akcje w tym roku. Jeśli zdecydują się na obronę zysków, to WIG20 może mieć kłopot z utrzymaniem się w średnioterminowym trendzie bocznym.