Początek wczorajszej sesji był przesądzony na wiele godzin zanim się ona zaczęła. Wiadomo było, że zaczniemy poniżej poniedziałkowego zamknięcia, a niewiadomą było jedynie, jak nisko i czy spadek potrwa całą sesję. To co upewniało wszystkich, że przecena będzie miała miejsce, wydarzyło się za oceanem. Tam w poniedziałek rentowność papierów dłużnych wzrosła do poziomu nie widzianego od wielu miesięcy. Oprocentowanie obligacji 10-letnich pokonało poważny opór, z którym nie mogło sobie poradzić od dłuższego czasu.

Wyższa rentowność papierów dłużnych w USA to zwiększona chęć inwestycji właśnie w te papiery kosztem bardziej ryzykownych lokat na rynkach wschodzących. To musiało się odbić na notowaniach w Polsce. Wystarczy spojrzeć na słabnącego wczoraj złotego, by przekonać się, w którą stronę zmierzał kapitał. Sprawą nie mniej ważną, a może w krótkim terminie nawet ważniejszą, był spadek cen surowców. Tu korelacja z cenami akcji spółek surowcowych jest znacznie silniejsza. Pamiętamy, że to właśnie rynek surowcowy w dużej mierze rozdmuchał naszą hossę. Oba czynniki sprawiły, że zaczęliśmy nisko, ale jak się później okazało, to "nisko" było niemal maksimum sesji. Spadek cen trwał do południa. Potem już do końca sesji mieliśmy konsolidację.

Przecena wprawdzie robi wrażenie, ale w sumie niewiele zmienia. Nadal przebywamy w zakresie niemal dwumiesięcznej konsolidacji. Tym razem zbliżamy się do jej dolnego ograniczenia. Czy dojdzie do jego testu? Można na to liczyć. Mamy tu bowiem także inny kształt. Chodzi oczywiście o formację podwójnego szczytu, o której marzą niedźwiedzie. Byłoby ciekawie, gdyby jej linia szyi została naruszona. Wtedy naprawdę można by było mówić o strachu, choć faktycznie ważniejszym dla trendu wydaje się dołek z początku roku.