Premia za ryzyko inwestowania na emerging markets topnieje systematycznie od kilku miesięcy. Nie miało to wyraźnego przełożenia na wyceny aktywów i często można było mieć wątpliwości, czy giełdy mają jeszcze coś wspólnego z fundamentami, czy też jest to jedynie barometr pokazujący przepływy kapitałów między globalnymi funduszami inwestycyjnymi. Zresztą nikt zbyt głośno nie negował, że tegoroczne szczyty na indeksach wyznaczane były głównie dzięki zainteresowaniu zachodnich inwestorów regionem, a nie dzięki dobrym wynikom spółek.
Teraz w inwestorach coś jednak pękło. Nie było żadnego konkretnego impulsu, bo przecież wypowiedzi sugerujących podwyżki stóp (FED, EBC) mieliśmy w ostatnich miesiącach wiele. Z kolei przecena na rynku surowców (indeks CRB) z ostatnich dni to przecież tylko powrót na minima trzykrotnie głębszej wyprzedaży w pierwszej połowie lutego. Kryzysy polityczne w Polsce też były już większe. Tym razem wystarczyła trudna do opisania zmiana sentymentu do rynków wschodzących, by przecena na którymkolwiek z parkietów uruchomiła lawinę wyprzedaży.
Wyprzedaży, która nie wynika tak naprawdę ze złych wiadomości, ale ze zbyt silnego wzrostu. Przecena tureckiego indeksu w ostatnie dwa dni dochodząca do 10% jest na tyle medialnym wydarzeniem, że tworzy wręcz atmosferę giełdowego krachu, choć ten najbardziej cierpiący teraz indeks jest wciąż 35% powyżej listopadowego dołka korekty, a licząc od kwietnia wzrost sięga 88%. Dla WIG20 jest to teraz odpowiednio 20% i 52%. Mimo medialnej grobowej atmosfery nie rozpoczęliśmy bessy, a tylko definitywnie zakończyliśmy wyznaczanie kursów jedynie w oparciu o przepływy kapitałów. Po takim otrzeźwieniu rynek będzie zdrowszy, a ewentualny powrót na nowe szczyty hossy zdecydowanie bardziej trwały.