W połowie lutego Parlament Europejski wykreślił z projektu kontrowersyjnej dyrektywy dotyczącej usług na rynku wewnętrznym tzw. klauzulę kraju pochodzenia. Dzięki niej usługodawcy mieli być traktowani na rynkach unijnych identycznie jak w państwie, z którego się wywodzą. Deputowani wprowadzili zarazem wiele wyłączeń swobody przepływu usług.
Polskiemu rządowi zależy tymczasem na jak najszerzej liberalizacji. - Dla naszych firm oznacza to bowiem dostęp do 450 mln konsumentów - argumentuje P. Woźniak. Jeszcze w tym tygodniu przedstawimy nasze stanowisko Charlie McCreevy?emu, komisarzowi UE ds. rynku wewnętrznego i usług. To właśnie Komisja Europejska ma przedstawić 4 kwietnia propozycje zmian do kształtu dyrektywy już przyjętej przez Parlament Europejski.
Przedstawiciele resortu gospodarki uważają, że dyskusje na temat uwolnienia rynku usług nie zakończą się szybko. Rada ds. Konkurencyjności (tworzą ją ministrowie gospodarek UE) podzieliła się bowiem na zwolenników i przeciwników głębszej liberalizacji. Za pozostawieniem dyrektywy w jej obecnej treści optuje większość starych członków Unii. Chcą w ten sposób zahamować ekspansję tańszych usługodawców z kraju Europy Środkowej i Wschodniej.
Według P. Woźniaka, liberalne podejście prezentuje 13 państw - w większości nowe kraje członkowskie. Ale nie tylko. - Zbliżone do nas stanowisko prezentują Wielka Brytania i Irlandia. Oprócz nich Finlandia, Luksemburg i Holandia - mówił minister. Dla Polski szczególnie ważne jest stanowisko rządu w Helsinkach. To Finlandia przejmuje bowiem w lipcu od Austrii szefowanie pracom Unii.
Na razie liberalna "trzynastka" nie ma wspólnego stanowiska. Państwa UE czekają bowiem na propozycje KE. Do porozumienia może dojść najwcześniej na nieformalnym szczycie Rady ds. Konkurencyjności 21-22 kwietnia w Grazu.